okładki

okładki

Piętno Morfeusza - zapowiedź

Zapraszam do lektury prologu Piętna Morfeusza. To nie będzie kontynuacja losów Cassandry i Adama, ale wierzę, że nie będziecie zawiedzeni :)




Prolog


Kiedyś byłem normalnym facetem, ale moje życie składa się z trzech etapów. W każdym z nich byłem zupełnie innym człowiekiem. Te etapy dzielą się na to, co było przed, w trakcie i co jest po… Mirrors. Czas „przed” zbudował we mnie świadomość, że pragnąłem mieć rodzinę, kochać i być kochany. Wtedy nie wiedziałem, co mnie czeka i co przysienie los. Teraźniejszość, to lekarstwo na moją zniszczoną duszę.  Chcę wierzyć w to, że mam serce, bo nadal walczę o siebie i swoich bliskich. Nie zatraciłem swojego człowieczeństwa, a to tylko i wyłącznie zasługa jednej kobiety. Nie wiem, co jest łatwiejsze? Okres przed czy po? Nie umiem porównać, a może nie chcę? Może się boję? Strach to przecież jedno z najczęściej towarzyszących mi uczuć. Bałem się od dawna, a teraz, gdy już tak naprawdę nie muszę się niczego obawiać, coś nie daje mi spokoju. Spokój jest zbyt piękny, by był prawdziwy. To nie jest takie łatwe. To nie znika. Wspomnienia, przeszłość… To  wszystko, co było pomiędzy okresem „przed i po” Mirrors, to… Moje piętno. 
Zobacz więcej >

Na szczycie. Właściwy rytm - fragment przedpremierowy

Na szczycie. Właściwy rytm

K.N. Haner


Kolejną godzinę siedziałem w szpitalnej sali i trzymając delikatnie dłoń Rebeki, patrzyłem na monitor, który kontrolowpał pracę jej serca. Ona spała. Znowu spała. To był już kolejny dzień, gdy dla mnie słońce nie wschodziło. Nie wschodziło tak naprawdę od momentu, gdy Rebeka odjechała spod gmachu sądu w dniu naszego rozwodu. Już wtedy wiedziałem, że ją straciłem. Straciłem ją po raz kolejny, ale czy na zawsze? Bezsilność po prostu mnie przerażała, ale nie mogłem nic zrobić. Zupełnie nic. Mogłem siedzieć i czekać. Czekać, aż się obudzi i wróci do mnie, a wtedy – obiecałem sobie – udowodnię jej, jak bardzo ją kocham. Pragnąłem, by tak było. By pozwoliła mi się do siebie zbliżyć i naprawić to, co oboje tak spektakularnie spieprzyliśmy. Ostatnim razem popełniłem błąd, osaczyłem ją i zmusiłem do miłości. Tym razem musiało być inaczej. Zarzekałem się, że dam jej wybór i czas na to, by podjęła właściwą decyzję.
– Obudź się, maleńka, proszę cię… – wyszeptałem, dociskając lekko jej dłoń do swoich ust. Złożyłem na niej delikatny pocałunek i wpatrywałem się w spokojną twarz mojej słodkiej Reb. Mimo wszystko wyglądała prześlicznie. – Czekamy tu wszyscy na ciebie. Ja i maluchy… – Spojrzałem w stronę przeszklonej ściany oddzielającej salę Rebeki od salki, w której leżały Chloe i Charlie. Zbliżała się pora karmienia i pielęgniarka powinna przynieść je tutaj. Stan śpiączki nie wykluczał możliwości karmienia piersią przez Rebekę. Dzieci były podstawiane przez nas kilka razy dziennie, oprócz tego jadły z butelek. Takie działania sprawiały, że pokarm nie zanikał, a maleństwa mogły czuć związek z matką. Ten widok był czymś najpiękniejszym na świecie. Moja ukochana kobieta i dwoje maleńkich dzieci w jej ramionach. Pomagałem pielęgniarkom, jak tylko potrafiłem. Przystawiałem dzieci do piersi, kładłem na nich dłonie Rebeki, imitując tulenie. Byłem jednak przekonany, że Reb będzie cudowną matką i gdy tylko się obudzi, od razu wszystko będzie dobrze. Przez całą ciążę przecież dbała o siebie, a dowiedziałem się o tym od Jamesa. Ojciec Rebeki miał mi wiele za złe, ale zachowywał się w porządku. Nie zabronił mi z nią przebywać, bo wiedział, jak bardzo mi zależało. Zdawałem sobie sprawę, że czekało nas jeszcze wiele rozmów, ale to było nic w porównaniu z tym, jak bardzo pragnąłem, by Rebeka w końcu się obudziła.
– Pomożesz mi, Sedricku? – Z myśli wyrwał mnie głos pielęgniarki. Odwróciłem się i zobaczyłem, że przywiozła właśnie moją córeczkę i synka. Uśmiechnąłem się bezwiednie na ich widok. Chloe i Charlie byli tacy… idealni. Stworzeni z naszych ciał, z naszej miłości, która co prawda trochę kulała, ale… Ja naprawdę wierzyłem, że to wszystko uda się jeszcze naprawić. Dla nich, dla naszych maleństw i dla miłości, która przecież nie mogła być tak ulotna. To, co łączyło mnie i Rebekę, nie było przypadkiem, a takie uczucie nie zdarzało się często. My nie byliśmy idealni, ale pasowaliśmy do siebie. Skąd o tym wiedziałem? A stąd, że każdego dnia myślałem o niej, pragnąłem wszystko wyjaśnić, naprawić i udowodnić, że możemy być razem. Nie istniała dla mnie żadna inna kobieta. Tylko Rebeka.
– Oczywiście. – Wstałem i ochoczo wziąłem Chloe na ręce. Dziewczynka kwiliła cichutko, bo zapewne już była głodna. Miała taki cudowny i zadarty nosek. Taki sam jak jej mamusia.
Pielęgniarka o imieniu Lisa podwyższyła stelaż łóżka, tym samym podsuwając Rebekę do pozycji półsiedzącej, a następnie odsłoniła jej piżamę. Piersi Rebeki były krągłe i pełne, w takich chwilach jednak nie kojarzyły mi się z czymkolwiek erotycznym. Wtedy stanowiły atrybut jej kobiecości, dowód na to, że została matką. Niesamowite było to, jak bardzo uspokajały się maluchy podczas karmienia. Czuły ciepło ciała, skóra przy skórze z kobietą, która przez kilka miesięcy nosiła je pod sercem. Dbała o nie, kochała od pierwszego dnia, w którym się o nich dowiedziała. Wiedziałem o tym. Rebeka zrobiła wszystko, by dzieci były zdrowe. Nie potrafiłem darować sobie, że nie zorientowałam się, że coś było nie tak. Przecież widziałem ją kilka miesięcy przed porodem. Zauważyłem wtedy, że przybyło jej trochę ciała, że Reb nieco się zaokrągliła, ale… Kurwa! Dlaczego nie domyśliłem się, że była w ciąży? Nasza krótka rozmowa na chrzcinach Charlotte powinna dać mi do myślenia. Potem Reb zniknęła i już nie miałem okazji nawet z nią porozmawiać. Tyle się zmieniło, tyle wydarzyło, ale ja naprawdę wierzyłem, że można to wszystko naprawić.

***
– Simon, a gdzie jest Trey? – zapytałem zdenerwowany, czekając, aż ta banda idiotów zjawi się na czas. Za godzinę miała odbyć się ceremonia, a byliśmy tam tylko ja i Simon. Tak naprawdę powód mojego wkurwienia był zupełnie inny. Nie miałem pewności, czy Rebeka pojawi się na chrzcinach. Nie widziałem jej od rozwodu i tak cholernie za nią tęskniłem. Mimo wszystko… tak bardzo tęskniłem za jej uśmiechem.
– Powinien zaraz przyjechać. Ma mój garnitur i strój da małej. – Simon rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby czegoś szukał.
– A Kara będzie? – zapytałem, a Simon spojrzał na mnie i prychnął.
– Prędzej zjawi się tutaj Elvis niż ta wywłoka… – odpowiedział, jak zawsze szczerze.
– A Rebeka? – Niepewność w moim głosie zwróciła uwagę Simona.
– Jest matką chrzestną, więc nie widzę innej opcji. Wczoraj z nią rozmawiałem i mówiła, że będzie na pewno – odpowiedział, patrząc na mnie podejrzliwie.
– Mówiła coś?
– Sed, kurwa, nie wypytuj mnie o nią. Przyjedzie, to z nią po prostu porozmawiaj! – odpowiedział zirytowany i wyjął telefon, który zaczął dzwonić w kieszeni jego spodni, a następnie odebrał. Westchnąłem głośno i wyszedłem, by mógł porozmawiać na spokojnie.
Charlotte miała już prawie osiem miesięcy i była małą, rezolutną kobietką. Na szczęście w genach przypadło jej podobieństwo do ojca, a nie do Kary. Mała miała już swój charakterek, ale tak naprawdę była aniołem. Rodzice Simona bardzo dobrze się nią opiekowali od momentu, gdy Rebeka nagle oznajmiła, że nie może się nią dłużej zajmować. Swoją drogą, wtedy jeszcze kompletnie nie rozumiałem, dlaczego tak postąpiła.
– Sed, zejdź na dół i pomóż Erickowi. – Zobaczyłem moją siostrę, która była wtedy już w bardzo zaawansowanej ciąży. Jess wyglądała ślicznie w długiej sukience opinającej się na ciążowym brzuszku. Ich córeczka Hope miała pojawić się na świecie już niedługo i byłem przekonany, że wywróci ich życie jeszcze bardziej. Już wiele się zmieniało. Erick się zmienił. Stał się spokojny, wręcz nudny, i taki zasadniczy. Oczywiście lepiej, że się uspokoił, niż gdyby miał dalej szaleć. Razem z Jess tworzyli nietypową parę, ale wiedziałem, że się kochają. Martwiłem się o siostrę, bo ten debil zawsze mógł coś wywinąć, ale musiałem mu zaufać. Bądź co bądź, Erick nadal był moim przyjacielem. Nie rozmawiałem z nim o Rebece i nie miałem pojęcia, co sądził o tej całej sytuacji. Jako jedyny wiedział jednak, że sprawa z Laną to grubsza afera. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się przed kimkolwiek, ale z nim musiałem porozmawiać. Sam zresztą dowiedział się o tej nocy w Londynie wcześniej, niż cała sprawa ujrzała światło dzienne. Byłem mu winny wyjaśnienia, zwłaszcza ze względu na Rebekę.
– Przyjechaliście wszyscy razem? – zapytałem Jess, odbierając od niej bukiet kwiatów i torbę z prezentem. – Nie powinnaś dźwigać! – dodałem karcąco.
– Daj spokój i nie zachowuj się jak Erick. Jestem tylko w ciąży. – Jess zaśmiała się i usiadła w fotelu, głaszcząc swój brzuch. Przez całą ciążę czuła się rewelacyjnie i o dziwo nie narzekała zbyt często.
– Są wszyscy? – powtórzyłem, bo jak zwykle nie odpowiedziała na moje pytanie.
– Tak, dlatego zejdź i im pomóż. Clark nie może złożyć wózka, a Erick ma jakiś prezent czy coś… – Machnęła lekceważąco ręką i ziewnęła przeciągle.
– Jenna też jest?
– Tak! Sed, idź już do nich – warknęła na mnie. Darowałem sobie komentarz, by się opanowała. W końcu była w ciąży i nawet u mnie miała taryfę ulgową. Zbiegłem z piętra na parter. Przed domem stał samochód Ericka, ale przez okno nikogo nie widziałem. Wyszedłem więc na schody i zobaczyłem, jak wszyscy witali się z Rebeką. Boże! Już z daleka dostrzegłem, że wyglądała cudownie. Miała na sobie bladoróżową sukienkę odcinaną pod biustem, włosy jej urosły i były prawie tak długie, jak w chwili, gdy się poznaliśmy. Jej głośny, radosny śmiech dotarł do moich uszu. Patrzyłem, jak Trey wyściskał ją mocno i wycałował, potem to samo zrobili: Clark, Nicki i Alex. Jedynie Erick zachował dystans i tylko cmoknął ją w policzek. A ja? Jak miałem się wobec niej zachować? Nie miałem chwili na obmyślenie strategii, bo nagle całą gromadą ruszyli w moją stronę, a mnie aż spociły się dłonie. Kurwa! Wytarłem je o spodnie i zszedłem ze schodów, by także się przywitać.
– Nie mogę złożyć wózka, Sed. Umiesz to zrobić? – zapytał Clark i spojrzał na Jennę, która trzymała na rękach ich synka. Cooper urodził się kilka tygodni wcześniej i zapoczątkował kolejną rewolucję w życiu Clarka, ale również całego zespołu. Musieliśmy odwołać kilka koncertów, bo Jenna po porodzie nie radziła sobie z Julką i ich nowym dzieckiem. Perspektywa rychłego pojawienia się na świecie córki Waltera nie wróżyła dobrze naszej trasie. Fani nie byli ostatnio wyrozumiali i posypały się krytyczne opinie na nasz temat. Ludzie chyba nie rozumieli, że mamy rodziny i to było dla nas najważniejsze. Planowałem, że jeśli tak dalej pójdzie, to będziemy musieli przerwać trasę całkowicie i oddać fanom pieniądze za bilety. Kwota strat byłaby ogromna, ale nie to było ważne.
– Pokaż mi ten wózek – odpowiedziałem nerwowo. Chciałem porozmawiać z Rebeką, ale zauważyłem, że ona nie miała ochoty nawet się przywitać. Uciekła do domu, unikając mojego spojrzenia. Kurwa mać!
– Jest jeszcze ten prezent dla Charlotte – powiedział Erick stojący nade mną jak jakiś idiota.
– To idź i go, kurwa, zanieś. Siły nie masz? – warknąłem na niego, szarpiąc się z tym jebanym wózkiem. Kto go wymyślił? Ja również nie potrafiłem go złożyć.
– Sed, weź wyluzuj – odpowiedział zirytowany Erick i biorąc torbę z prezentem, poszedł do domu. Zostałem na podjeździe sam i dalej próbowałem złożyć wózek. Myślałem, że zaraz trafi mnie szlag.
– Tu masz taki przycisk… – Usłyszałem nagle głos Rebeki. Podniosłem wzrok i patrzyłem, jak schodzi ze schodów i podchodzi do mnie. – O tutaj… – Nachyliła się i nacisnęła guzik, którego wcześniej nie widziałem. Wózek złożył się w jedną sekundę, a Reb spojrzała na mnie zadowolona i uśmiechnęła się lekko. – Chciałam się przywitać – dodała cicho. Z bliska wyglądała jeszcze piękniej. Zauważyłem, że przytyła kilka kilogramów i tak cudownie się zaokrągliła. Jej kości policzkowe podkreślone delikatnie różem były tak zachęcające, że miałem ochotę złapać ją w ramiona i wycałować. Wycałować tę słodką buźkę i te piersi… Boże! Zawiesiłem wzrok na wysokości biustu. W spodniach momentalnie zaczęło robić mi się ciasno. Cycki też jej urosły i to o dobry rozmiar.
– Cieszy mnie to. Miło cię widzieć, Rebeko – odpowiedziałem, myśląc jeszcze tą głową, którą powinienem. Niewiele jednak brakowało, bym przestał racjonalnie rozumować. Nie umiałem oderwać wzroku od Rebeki. Ja pierdolę, jak ona na mnie działała. Uwielbiałem jej tyłek, ale w tamtej chwili to jej piersi zrobiły mi z mózgu kompletną miazgę.
– Pomóc ci w czymś jeszcze? – zapytała, zaglądając do bagażnika samochodu.
– Nie, wszystko już jest zaniesione. – Wstałem i włożyłem wózek do bagażnika, a następnie podszedłem bliżej niej. – Dobrze wyglądasz… – wypaliłem. Ja pierdolę! Co to znaczy: dobrze wyglądasz? Czułem, że Reb zaraz się obrazi albo coś.
– Dziękuję, ty też… – Uśmiechnęła się jednak tak cudownie słodko. Jakim sposobem dopuściliśmy do tego, by nasze małżeństwo przestało istnieć? Jak do tego, kurwa, doszło?
– Zostajesz w Los Angeles na dłużej? – zapytałem z nadzieją, że może uda mi się z nią spotkać bez świadków. Zaprosić na obiad, lunch, śniadanie… Cokolwiek.
– Nie, jutro wracam do Nowego Jorku, Sedricku – odpowiedziała, spuszczając wzrok, i nerwowym gestem poprawiła sukienkę.
– A zostaniesz chociaż na przyjęcie? – Nadzieja w moim głosie była wręcz wyczuwalna.
– Chwilę zostanę – bąknęła pod nosem. Skąd wziął się ten mur między nami? Ściana emocji, która nie dała nam do siebie dotrzeć. Jak miałem się przez nią przebić?
– Reb, chodź ubrać małą! – zawołał ją z balkonu Simon. Oboje zadarliśmy głowy, by na niego spojrzeć.
– Już idę! – Rebeka pomachała do niego i uśmiechnęła się szeroko, widząc go stojącego tam z Charlotte na rękach. Chciałem ją zatrzymać, by z nią porozmawiać, ale uciekła tak szybko. – Zobaczymy się później – rzuciła jedynie i wbiegła do domu. Kurwa! Serce waliło mi jak szalone. Kochałem tę kobietę i nic nie mogłem na to poradzić. Mimo wszystko Rebeka była dla mnie najsłodszą i najbardziej niewinną istotą na tym świecie. Pieprzony Thomas wykorzystał jej naiwność… Nie potrafiłem jednak znieść myśli, że ją dotykał, że był z nią blisko. „Ja pierdolę, Mills! Nie myśl o tym teraz, bo zaraz nerwy ci puszczą” – uspokajałem się w myślach. Nie chciałem wszczynać jakiejś bezsensownej dyskusji. Obiecałem sobie, że nie wspomnę o Thomasie ani o tym, co się wtedy wydarzyło. To był dzień Charlotte, Simona i Treya. Nie mogłem im tego popsuć.
Wszyscy byli już na miejscu. O ile wiedziałem, mój ojciec przyleciał z Jamesem, ale tego drugiego miało nie być. Nie chciał mnie widzieć i nie dziwiłem się temu. Skrzywdziłem jego córkę, upokorzyłem ją i w dodatku zostawiłem z niczym. Tyle że to ona niczego ode mnie nie chciała. Wiem, że Rebece nigdy nie chodziło o pieniądze, ale żeby tak kompletnie wszystkiego się zrzekła? Nie rozumiałem tego i było mi tak cholernie źle ze świadomością, że musiała mieszkać u ojca, bo nie miała gdzie się podziać.
– Tato, widziałeś Rebekę? – zapytałem ojca, który właśnie zszedł z piętra.
– Chyba pomaga Jess składać serwetki do obiadu – odpowiedział i pokazał, bym podszedł do niego. – Masz zamiar z nią porozmawiać? – zapytał dyskretnie.
– Bardzo bym chciał…
– Powinieneś dać jej czas, synu. Widać, że nie czuje się swobodnie w tej sytuacji. – Rada ojca wcale mi się nie spodobała. Byłem niecierpliwy, a każdy dzień bez niej mnie zabijał. Ugryzłem się w język, by nie powiedzieć czegoś, co mogło urazić ojca. Ostatnio byłem bardziej nerwowy i miałem tego świadomość, ale nic nie mogłem poradzić na to, że tak reagowałem, gdy JEJ przy mnie nie było.
Wyszedłem go ogrodu i mimo sugestii ojca postanowiłem porozmawiać z Rebeką. Dostrzegłem, jak siedziała z Jess w namiocie, gdzie miał się odbyć obiad, i faktycznie składały serwetki. Przyglądałem się jej dłuższą chwilę, bo uśmiechała się szeroko. Razem z Jess śmiały się z czegoś tak głośno, że aż tutaj je słyszałem. Zamknąłem oczy, próbując zatrzymać ten dźwięk w głowie. Tak cholernie mi jej brakowało.
Po chwili podszedłem do nich, zapadła jednak wymowna cisza. Cisza ze strony Rebeki, bo mojej siostrze buzia jak zawsze się nie zamykała.
– Co tam, Sed? Chcecie pogadać? – Jess zapytała wprost. Rebeka wbiła w nią spanikowane spojrzenie, a ja nie posiadałem się z radości. Czasami siostrzyczka do czegoś się jednak przydawała.
– Właściwie to ja chyba muszę pomóc Simonowi… – Rebeka chciała się wymigać i już wstawała z krzesła, ale złapałem ją za dłoń.
– Ja mu pomogę, Reb. Pogadajcie sobie. – Słodko-wredny uśmiech na twarzy Jess sprawił, że uśmiechnąłem się szeroko. Dziękowałem wtedy Bogu za siostrę. Rebeka miała jednak taką minę, jakby miała zaraz zemdleć albo się rozpłakać. Cholera, to nie zwiastowało niczego dobrego.
– Sed, to nie jest odpowiedni moment na rozmowy – powiedziała cicho. Jej oddech przyśpieszył i widziałem, jak się denerwowała.
– Nie wiesz, co chcę ci powiedzieć…
– Nie interesuje mnie to, Sed. Wybacz, ale nie chcę rozmawiać, jeśli jest to zbędne. – Wyrwała dłoń z mojej dłoni i od razu ruszyła w kierunku domu.
– Rebeko! – Pobiegłem za nią.
– Sed, daj mi spokój. Czego jeszcze ode mnie chcesz?! – warknęła, a gdy się odwróciła, zobaczyłem łzy w jej oczach. Boże, nie! Nie mogłem tego znieść.
– Chciałem jedynie zapytać, jak sobie radzisz – wypaliłem. Interesowało mnie wszystko, co było z nią związane. Tak naprawdę mogłaby mi opowiedzieć, co jadła wtedy na śniadanie, a ja ochoczo bym tego wysłuchał. Rebeka zrobiła jednak wielkie oczy, jakby nie dowierzała, że w ogóle ze mną rozmawia.
– Cudownie sobie radzę, nie widzisz? Jestem zadowolona i radosna, śmieję się z twoją siostrą i wszystko jest takie super! – odpowiedziała nerwowo i wywróciła oczami.
– Po co ta ironia? – zapytałem, błagając w myślach, by poświęciła mi chociaż pięć minut.
– Po co ta rozmowa, Sed? Chcesz czegoś ode mnie? Masz mi coś ciekawego do powiedzenia? – Wbiła we mnie smutne spojrzenie.
– Chciałem jedynie…
– Nie obchodzi mnie to. Zostaw nas w spokoju, dobrze? – warknęła i nie dała mi powiedzieć nic więcej. Zanim wbiegła do domu, zobaczyłem, że zaczęła płakać. Znowu to spieprzyłem, ale łudziłem się, że znajdę ją później… Nie miałem zamiaru odpuścić.

***
Potrząsnąłem głową, przerywając wspomnienia tamtego dnia. Tak bardzo żałowałem, że jej wtedy nie zatrzymałem i nie porozmawiałem z nią. „Daj nam spokój, dobrze?” NAM! Powiedziała: nam. Już wtedy wiedziała o ciąży i prawie się wygadała. Mój Boże! „Rebeko, obudź się. Mamy sobie tyle do wyjaśnienia” – błagałem w myślach.
– Teraz kolej na Charliego – powiedziała pielęgniarka, odbierając Chloe z ramion Rebeki. Przystawiła chłopczyka do drugiej piersi, a on od razu zaczął ssać i tak słodko zamlaskał. Mój syn! Wiedział, co dobre.
Za każdym razem miałem wrażenie, że Rebeka obudzi się właśnie podczas karmienia. Nie wiem czemu. Po prostu czułem, że za którymś razem otworzy oczy, czując przy sobie obecność dziecka. To byłby cud? Dla mnie tak. To był już piąty dzień, gdy spała. Po porodzie dostała wstrząsu, czyli tak zwanej zapaści. Reanimowali ją, na szczęście udało się przywrócić krążenie, Rebeka jednak zapadła w śpiączkę. Tak naprawdę nie było wiadomo, kiedy się wybudzi i czy w ogóle. Nie sądziłem, że będę to przeżywał po raz drugi. Tamte nieszczęsne urodziny w Aspen i porwanie, potem pobicie i pierwsza śpiączka. Boże! To wszystko nie powinno jej się przytrafić. Zamknąłem oczy i znowu przypominałem sobie to, co się wtedy wydarzyło.

***
Rebeka odjechała właśnie z Erickiem do hotelu. Kurwa! Wiedziałem, że jestem na straconej pozycji. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak się zachowałem. Potraktowałem ją okropnie i niedziwne, że nie chciała mnie znać. Tylko dlaczego wybrała jego? Ja pierdolę! Wszystko spierdoliłem. Wszystko!
Patrzyłem, jak wyjeżdżali za bramę domu w Aspen, i kompletnie nie miałem ochoty na moją urodzinową imprezę. W dodatku byli tam moja matka i ojciec. Po jaką cholerę Jess ich zaprosiła? Było mi tak zajebiście niezręcznie po tym, co matka powiedziała Rebece. Zawsze była bezpośrednia i mówiła, co myśli, ale mogła sobie darować te uwagi i gadanie o Karze. Przecież doskonale wiedziałem, że uważała, że to właśnie Kara jest idealną kobietą dla mnie. Och, kurwa, ależ ona się myliła. Moja idealna kobieta właśnie odjechała z moim najlepszym kumplem, by pieprzyć się w hotelu. W dodatku do tego wszystkiego doprowadziłem ja. Nikt inny! Kurwa, Mills, ty idioto!
– Sed, chodź do nas! – zawołał mnie sprzed domu najebany Simon. Nie chciało mi się z nikim gadać.
– Czego? – warknąłem wściekły.
– Gdzie Reb i Walter? – zapytał, a ja podszedłem do niego na schody.
– Pojechali do hotelu.
– Bez ciebie?! – Tym pytaniem perkusista wkurwił mnie jeszcze bardziej.
– A jak, kurwa, myślisz?! – Odepchnąłem go i wszedłem do domu. Pragnąłem iść na górę i upić się w samotności, ale z tymi debilami to przecież nie było możliwe. Dorwali mnie już w korytarzu i zaciągnęli do kuchni.
– Teraz tort! Tort! – krzyknęła jak zawsze podekscytowana Jess. Boże, jak ona mnie czasami irytowała. Od dzieciństwa podejrzewałem, że ma ADHD, ale nikt mi, kurwa, nie wierzył.
– Pieprzę tort! Idę na górę… – warknąłem.
– Ale, Sedricku, my mamy dla ciebie prezenty! – Matka objęła mnie mocno. Nie potrafiłem odmówić tej kobiecie. Była, jaka była, ale to moja matka. Dla nas starała się być dobra i na pewno chciała jak najlepiej. Zorientowałem się też, że chyba pokłócili się z ojcem o tę sytuację z Rebeką, bo stał z boku. Minę miał niewyraźną i ewidentnie był wściekły na matkę.
– Dobra, gdzie te prezenty? – Usiadłem na stołku przy kuchennej wyspie i jakimś cudem się opanowałem. W końcu ta cała zgraja przyjechała tu dla mnie, a ja wiedziałem, jak niełatwo ojcu oderwać się od obowiązków. Na pierwszy ogień poszedł prezent właśnie od niego. Trudno było mi się cieszyć z czegokolwiek, gdy nie miałem przy sobie Rebeki. Ja już za nią tęskniłem. „Naprawdę ją straciłem? Straciłem na zawsze?” – zastanawiałem się.
– Podoba ci się, Sedricku? – Ojciec objął mnie ramieniem. Spojrzałem na złote pióro wieczne z grawerem na skuwce.
– Tak, dziękuję, tato… – Nie potrafiłem nawet zmusić się do uśmiechu. Ojciec doskonale wiedział dlaczego. Może nie uważał, że Rebeka to idealna kobieta dla mnie, ale chociaż jej nie obraził. W przeciwieństwie do matki.
– To teraz ode mnie! – Jess wcisnęła mi w dłonie czarne pudełko przewiązane srebrną, ozdobną tasiemką. Rozwiązałem kokardkę i zdjąłem wieczko, a moim oczom ukazała się platynowa bransoleta, także z grawerem. Co oni się tak uparli na to grawerowanie? Co ja, kurwa, nie pamiętałem, jak się nazywam? Albo kiedy się urodziłem?
– Dzięki, Jess. – Ucałowałem siostrę w policzek i sięgnąłem po kolejny prezent. Nadszedł czas na niespodziankę od chłopaków i aż bałem się otworzyć. Nicki, Simon i Alex patrzyli na mnie i ledwo powstrzymywali śmiech. To spore pudło owinięte było niechlujnie papierem w mikołaje. Chyba nie mieli niczego innego pod ręką.
– Jeśli to coś głupiego, to wam przypierdolę! – ostrzegłem ich, mówiąc całkowicie serio.
– Nie pierdol, tylko otwieraj! – powiedział Simon i już wiedziałem, że to będzie jakaś masakra. Rozerwałem papier, a moim oczom ukazało się pudełko z dmuchaną lalą. W dodatku była to brunetka, a chłopaki skreślili imię lalki Samanta i dopisali: Rebeka. Kurwa, co za idioci! Gdyby spojrzenie mogło zadawać ból, to nie mieliby już jaj.
– No co? Przecież ci się przyda, nie? – odezwał się ubawiony do łez Nicki.
– Zawsze wiedziałem, że jesteście pojebani! – Odłożyłem pudło na stół i chciałem wyjść. Myślałem, że jeśli tego nie zrobię, to naprawdę ich pozabijam. Było we mnie wtedy tyle złości.
– Synu, daj spokój! Przecież oni żartowali! – interweniował ojciec, widząc, jaki jestem wściekły. Wszyscy popatrzyli na mnie żałośnie.
– Dajcie mi, kurwa, święty spokój, dobra? Nie mam ochoty na jakieś imprezy…
– Sedricku, ale my przyjechaliśmy tutaj dla ciebie! – odezwała się moja matka i zrobiła tę swoją smutną minę. Boże!
– Nikt was o to nie prosił! – warknąłem.
– Stary, przesadzasz! To, że Rebeka pojechała z Erickiem, nie znaczy, że masz się na nas teraz wyżywać! – skwitował Simon. W sumie miał rację, ale miałem to, kurwa, gdzieś.
– Dobra, lepiej polej! – Machnąłem ręką i próbowałem się opanować. Pomyślałem, że jak urżnę się w trupa, to będzie mi nieco lepiej. Na trzeźwo zadręczyłyby mnie myśli o niej i o tym, co Walter wyprawiał z nią w hotelu. Sam jednak do tego doprowadziłem i pretensję mogłem mieć tylko do siebie.
– Teraz to gadasz do rzeczy! – ucieszył się Alex i podszedł do barku, który na szczęście zaopatrzony był we wszystko, czego w tej chwili było mi potrzeba. Wyłączyłem myślenie i zrobiłem to, co potrafiłem najlepiej. Chlałem na umór, ale jak na złość nie mogłem się dobić. Wlewałem w siebie kolejne kieliszki czystej wódki, popijałem whisky i nic. Było koło ósmej wieczorem i zaczynało robić się ciemno. Chłopaki zabawiali całe towarzystwo, a ja zauważyłem nagle, jak moja Jess czaiła się, by wziąć mnie w ogień pytań. Nie chciało mi się z nią gadać. Już słyszałem te jej pytania o to, dlaczego Reb pojechała z Erickiem. A po co? A dlaczego tak? Ja pierdolę! Akurat wstała i podeszła do mnie, a ja od razu spierdoliłem do łazienki i zamknąłem się od środka. Do czego to doszło, bym chował się w kiblu przed młodszą siostrą? Obmyłem twarz i spojrzałem na swoje pijackie odbicie w lustrze.
– No i co, Mills? Co teraz? Jak masz zamiar odzyskać Rebekę? No jak? Walter zapewne doprowadza ją teraz do kolejnego orgazmu, a ty jesteś największym frajerem na świecie – warknąłem na siebie, a następnie walnąłem pięścią w kafelki zaraz obok lustra i próbowałem jakoś sensownie zebrać myśli. Nigdy nie byłbym w stanie pogodzić się z tym, że ją straciłem. Straciłem moją małą, słodką Reb.
Kurwa, co ta dziewczyna zrobiła z moim życiem. Dzięki niej każdego dnia chciałem być lepszy. Chciałem budzić się i po prostu być dobrym człowiekiem. Uszczęśliwiać ją. A co zrobiłem? Sprawiłem, że poczuła się nikim. Zarzuciłem, że nosiła pod sercem nie moje dziecko. Kurwa, ale ze mnie skurwysyn! W dodatku ta sprawa z jej dzieciństwa, poronienie… Ta dziewczyna tyle przeszła, a ja jej tylko dowaliłem. Nasz związek rozpierdolił się w drobny mak. Jakby gówno wpadło w wentylator i rozjebało już totalnie wszystko. Usiadłem na wannie, by się uspokoić. Byłem przekonany, że gdy ona wyjedzie, to oszaleję. Musiałem ją zatrzymać i przez cały czas rekonwalescencji udowadniać jej, że mi na niej zależy, zapewniać, jak bardzo ją kocham i żałuję tego, co zrobiłem. Obiecałem sobie, że będę ją chronić, a to przeze mnie miała rękę w gipsie, skręconą kostkę… Tyle wycierpiała. Boże, moja słodka Rebeka. Gdy zamykałem oczy, widziałem jej cudowny uśmiech. Jak mogłem ją tak skrzywdzić?
Moje rozmyślenia nagle przerwał jakiś hałas w korytarzu. Jeszcze raz przemyłem wodą twarz i wyszedłem z łazienki, by sprawdzić, co się dzieje. Zamarłem, widząc w holu wysokiego, postawnego mężczyznę mierzącego rewolwerem prosto w Sandrę.
– Sed! – krzyknęła Jess w panice i zaczęła biec w moją stronę. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłem zareagować. Pamiętam tylko krzyki i trzy strzały. Pierwsza kula dosięgnęła Jess, która padła przede mną, łapiąc się za brzuch, druga drasnęła Sandrę w bark, ale ten koleś najwidoczniej miał zamiar ją zabić. Boże, dlaczego? Złapałem Jess i podniosłem wzrok na zamaskowanego mężczyznę celującego prosto w głowę siostry Waltera.
– Zostaw ją! Kurwa, zostaw! – krzyknąłem, odepchnąłem Jess w ramiona mojego sparaliżowanego strachem ojca i ruszyłem jej na ratunek. Usłyszałem wystrzał i zobaczyłem, jak Nicki rzuca się i przyjmuje na siebie pocisk, ratując życie Sandry. Upadł z impetem na podłogę, która od razu zrobiła się czerwona od krwi. Byłem w takim szoku, że ledwo oddychałem. Dopadłem do mojego postrzelonego przyjaciela razem z Simonem, który był równie przerażony jak ja.
– Pogotowie! Dzwoń na pogotowie! – krzyknął Alex i spróbował dogonić tego zamaskowanego faceta, ale on wybiegł z domu, wsiadł do auta i odjechał z piskiem.
– Kurwa, Nicki, nie zamykaj oczu! Nie zamykaj! – Potrząsałem nim z całej siły.
– Stary, ale impreza… – Uśmiechnął się w grymasie bólu i chwycił mnie za dłoń. Moja matka zaczęła lamentować, tuląc w ramionach Jess. Sandra siedziała obok nas na podłodze, była najmniej ranna, ale w kompletnym szoku. Simon dzwonił po pogotowie, Alex po policję, a ja patrzyłem, jak mój kumpel umiera.
– Nicki, kurwa, nie zasypiaj! – Łzy cisnęły mi się do oczu. Kurwa! Kto to był? Czego chciał? Dlaczego celował w Sandrę? Jedyną pozytywną myślą było to, że w domu nie było Rebeki i Ericka. Gdyby cokolwiek im się stało…
– Sed… – powiedział Nicki i zaczął pluć krwią.
– Stary, kurwa, nie umieraj mi tu! – Próbowałem być spokojny, ale to trudne.
– Nie pierdol. Nigdzie się nie wybieram… – Uśmiechnął się blado i pokazał, bym mu podał butelkę wódki.
– Jak z tego wyjdziesz, napierdolimy się wszyscy jak na urodzinach Alexa, okej? Zabiorę cię na najlepszy striptiz w twoim życiu! – powiedziałem drżącym głosem, ściskając jego dłoń.
– Na to liczę! – Znowu się uśmiechnął.
– Simon, gdzie ta karetka?! – krzyknąłem przerażony, bo widziałem, że z Nickim jest fatalnie.
– Już jadą! – powiedział, zbierając z podłogi Sandrę, która nawet nie płakała. Była w takim szoku, że ledwo mogła stać na własnych nogach. Siedzieć i patrzeć bezczynnie, jak na twoich rękach twój kumpel wykrwawia się na śmierć, to coś najgorszego. Nie pamiętam, jak długo czekaliśmy na pogotowie i policję, bo dla mnie to była wieczność. Usłyszałem tylko wycie syren i światła odbijające się w szybach domu. Pierwsi na miejsce dojechali ratownicy, zabrali na sygnale Nickiego, Sandrę i Jess. Gdy zamykali karetkę z moją siostrą, nie mogłem pohamować łez. Ojciec trzymał w ramionach moją lamentującą matkę, Alex siedział na schodach domu z twarzą schowaną między dłońmi, a Simon nerwowo palił papierosa. W kieszeni rozdzwoniła się moja komórka, odruchowo odebrałem, nawet nie sprawdzając, kto dzwoni.
– Mills!
– To ja, stary. Wszystko u was w porządku? – rozpoznałem głos Ericka.
– Kurwa, nie! Przyjeżdżaj tu natychmiast! W domu była strzelanina! Postrzelili Sandrę, Nickiego i Jess! Kurwa, Erick! – praktycznie krzyknąłem w panice.
– Co? Jaka strzelanina? Sed, kurwa, o czym ty mówisz?!
– Do domu wszedł jakiś facet! Miał broń i zaczął do nas strzelać!
– Zaraz tam będę! Czekajcie na mnie! – zdenerwował się, zapewne tak mocno jak ja. Przyjechała policja i zaczął się ten cały cyrk. Miliony pytań i zero odpowiedzi. Nikt z nas nie był w stanie normalnie rozmawiać, a po pierwsze nie mieliśmy pojęcia, kto to w ogóle był.
– Nie widział pan twarzy sprawcy? – zapytał mnie policjant.
– Kurwa, mówiłem już, że był w kominiarce! – warknąłem nerwowo i spojrzałem na plamę krwi Nickiego na podłodze w salonie.
– Panie Mills, proszę się uspokoić.
– Jak mam się uspokoić? Jakiś facet wtargnął do mojego domu i strzelał do mojej rodziny! – Nie opanowałem się i cisnąłem szklankę po whisky o podłogę.
– Sedricku! – Ojciec złapał mnie za ramiona, bym nie zrobił czegoś bardziej głupiego. W gniewie czasami nie potrafię się opanować, a teraz poziom mojego gniewu przeszedł wszystkie możliwe wskaźniki. Paniczny strach o moich bliskich plus wściekłość i bezradność to mieszkanka wybuchowa. Patrzyłem w stronę korytarza, gdy wszedł Erick. Oczy miał wielkie z przerażenia.
– Co tu się, kurwa, stało?! – zapytał, widząc krew, mnóstwo policji. Próbowałem jakoś sensownie mu wytłumaczyć i opowiedzieć, ale byłem za bardzo zdenerwowany. Policja nic z nas dziś nie wydusi, bo każdy jest w szoku. W domu nie było kamer, by sprawdzić nagranie, jedynie przed domem i to jedyny trop dla policjantów, bo mają numery rejestracyjne wozu, którym odjechał ten psychopata. Wszyscy pojechaliśmy do szpitala, by sprawdzić, co z dziewczynami i Nickim. Dobrze, że Rebeka była bezpieczna w hotelu i nieświadoma tego, co się wydarzyło. Boże! Umarłbym, gdyby ona tu była i gdyby ktoś celował w jej głowę rewolwerem.
Nicki i Jess leżeli na sali operacyjnej, Sandra na szczęście została tylko lekko draśnięta. Chociaż tyle dobrego! Czekaliśmy całe długie pięć godzin, aż skończą się obie operacje. Lekarz na szczęście dał nam nadzieję i powiedział, że udało się usunąć kule. Stan Nickiego był ciężki, ale najważniejsze, że żyje. Jess była w odrobine lepszym stanie. Całą noc spędziliśmy w szpitalu. Siedziałem między łóżkiem Nickiego i Jess, dalej leżała Sandra, przy której siedział Erick. Ich rodzice i rodzina Nickiego też już zostali powiadomieni i byli w drodze do szpitala. Trey, Clark i Jenna jeszcze nic nie wiedzieli i może to lepiej. Może wszystko dobrze się skończy i będziemy niedługo z tego żartować, jak to mamy w zwyczaju.
Koło dziewiątej rano, gdy prawie przysypiałem w fotelu, zadzwoniła moja komórka. Nie znałem numeru, ale odebrałem, bo to może ktoś z policji.
– Sedrick Mills!
– Cześć, Sed, to ja… Reb. – Usłyszałem słodki głos Rebeki. Boże! Jak dobrze, że nic jej nie jest. Jest bezpieczna w hotelu i jedynie ta myśl sprawiała, że nie zwariowałem.
– Poczekaj chwilę… – Wstałem i po cichu wyszedłem z Sali, by nie obudzić śpiących Nickiego i Jess. Wybudzili się po operacjach, ale byli bardzo słabi. – Teraz możemy…
– Wiesz może, gdzie jest Erick? Wyszedł wczoraj, mówił, że na chwilę, by zadzwonić, a do tej pory go nie ma – powiedziała z przejęciem. Ona zawsze się o wszystkich martwi. Moja kochana, mała Reb.
– Erick jest tutaj ze mną w szpitalu… – powiedziałem cicho. Nie chciałem jej mówić wszystkiego, by niepotrzebnie się nie denerwowała.
– Jak to: w szpitalu? Co się stało?
– To nie jest rozmowa na telefon, Reb…
– Mam tam przyjechać do was? – Kurwa, nie! Boże, co za kobieta.
– Nie, musisz zostać w hotelu.
– Dlaczego? – Usłyszałem złość w jej głosie. Wyobrażałem sobie, jak słodko się krzywi, a moje serce chociaż na chwilę odzyskało spokojny rytm.
– Wyjaśnię ci później, zostań w hotelu i się stamtąd nie ruszaj!
– Przecież nie mogę chodzić… – warknęła wściekła.
– Reb, proszę, przyjadę potem, to pogadamy, naprawdę nie mogę teraz… – Zobaczyłem policjantów wchodzących na oddział.
– Ale Erickowi nic nie jest? – dopytywała.
– Nie… Zadzwonię później! – Rozłączyłem się i podszedłem do trzech funkcjonariuszy. Nie mieli dla mnie dobrych informacji. Auto, którym poruszał się sprawca, jest kradzione, z naszych opisów nie mogą ustalić, jak ten ktoś wygląda. Nic, kurwa, nie wiedzą! To jest policja, do cholery? Byłem jeszcze bardziej wkurwiony, aż wyszedłem przed szpital zapalić. Pierwszy raz od chyba pięciu lat. Erick przyszedł za mną i zrobił dokładnie to samo.
– Co za gówno… – powiedział, zaciągając się mocno.
– Ja pierdolę, Erick… – Patrzyłem na niego i chciało mi się płakać.
– Co za psychopata chciał was pozabijać? – zapytał, a moja komórka znowu zaczęła dzwonić. To Clark. Spojrzałem na Waltera, który pokazał, bym odebrał.
– Co tam? – odebrałem, próbując być spokojny.
– Sed, co się tam, kurwa, u was dzieje? Co to za strzelanina? – praktycznie krzyczał do słuchawki. Był zdenerwowany nie mniej niż my wczoraj.
– Skąd wiesz? – spytałem zaskoczony.
– Jest transmisja na wszystkich kanałach informacyjnych sprzed twojego domu! Błagam, powiedz, że nikt nie zginął! – Głos mu drżał.
– Nie, wszyscy żyją, Clark, ale to jakiś koszmar… – Zamknąłem oczy i usiadłem na ławce.
– Poczekaj, Jenn chce ci coś powiedzieć! – powiedział nagle.
– Sed, to Scott! To Scott to zrobił! Jestem tego pewna! – płakała do słuchawki, a ja prawie nic nie rozumiałem.
– Co? Możesz wolniej?
– To mój mąż! To Scott! Boże, on dzwonił do mnie kilkanaście minut temu! Powiedział, że wszyscy pożałujemy, że zabrałam mu Julię!
– Co?
– Powiedział, że zabije tę małą sukę, która porwała mu córkę! On mówił o Reb! Błagam, powiedz, że nic jej nie jest!
– Uspokój się, Jenn. Reb jest w hotelu… – powiedziałem i nagle ogarnął mnie niepokój. W życiu czegoś takiego wcześniej nie czułem.
– Jedź do niej! Zabierz ją z hotelu! On jest zdolny do wszystkiego! – powiedziała, a ja od razu się rozłączyłem. Kurwa!
– Co? Co ci powiedzieli? – spytał przejęty Erick.
– On chce skrzywdzić Reb! – odpowiedziałem jakby sam do siebie i szybko wróciłem do środka, by powiedzieć o tym policji. Jednostki w całym mieście zostały postawione w stan gotowości, a ja i Erick pojechaliśmy do hotelu razem z policją. Zadzwoniłem na numer, z którego dzwoniła Reb, ale nie odbierała, komórki też. Kurwa mać! Błagałem w myślach, by nic jej się nie stało. Boże! Moja słodka, niewinna dziewczynka. Nie odezwałem się ani słowem w drodze do hotelu. Policja okrążyła obiekt i wszyscy goście zostali ewakuowani, bo nie wiadomo, do czego zdolny był Scott. Choć tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy to on był sprawcą tego wszystkiego. Wyprzedziłem policjantów, gdy wychodziliśmy z windy na piętrze apartamentu, i zamarłem, widząc uchylone drzwi.
– Nie! Kurwa! Nie! – krzyknąłem i wyrwałem do przodu jeszcze szybciej.
Wpadłem do środka pierwszy i zobaczyłem jedynie włączony telewizor, zmiędloną na łóżku pościel i mokry ręcznik na podłodze tuż przy drzwiach. Wpadłem do łazienki, ale tam też było pusto. Wrzeszczałem jak w amoku i padłem bezradny na kolana. Porwał ją! Mój Boże, porwał moją małą dziewczynkę i chciał ją skrzywdzić. Erick próbował mnie podnieść z podłogi, ale nie dał rady. Odepchnąłem go i walnąłem z całej siły pięścią w podłogę, ściskając w dłoniach ręcznik. Czułem na nim jej zapach, zapach jej włosów, i wpadałem w szał. Rozbiłem w drobny mak lustro nad komodą, cisnąłem w nie wazonem i chwyciłem drugi, by rzucić nim w okno, ale Erick chwycił mnie tak mocno, że nie mogłem się ruszyć.
– Kurwa, Sed! – wrzasnął.
Widziałem, że płacze. Ja nawet nie miałem siły płakać. Mój świat właśnie runął w gruzy. Policja od razu zablokowała wszystkie drogi wylotowe z Aspen, przeszukała cały hotel, sprawdziła kamery. Łatwo znaleziono nagranie i upewniono się, że to właśnie Scott stał za tym wszystkim. Doskonale było widać, jak wchodzi do hotelu, wjeżdża na piętro i wkracza do apartamentu. Dlaczego ona otworzyła mu drzwi? Na nagraniu widać Rebekę uchylającą niepewnie drzwi i to pierwszy raz, kiedy umarłem. Ostatnia chwila, w której widziano ją żywą i całą. Scott spędził w apartamencie dosłownie pięć minut. Nie wiadomo jednak, co zaszło w środku. Kamera zarejestrowała, jak mężczyzna wychodzi przebrany w policyjny mundur i wynosi na rękach nieprzytomną Rebekę, po czym kładzie ją na hotelowym wózku na bagaż i okrywa prześcieradłem. Zjeżdża w podziemia hotelu, ładuje bezwładne ciało mojej ukochanej na tylne siedzenie jakiegoś starego forda i odjeżdża. Miejskie kamery jednak są zamontowane do granic miasta i trop urwał się na wylotówce w lesie. Policja od razu się tam udała. Przy drodze znaleziono tego forda, więc sukinsyn przesiadł się do innego samochodu. Rebeki w środku nie było. Umarłem wtedy po raz drugi.
Zobacz więcej >

Zapomnij o mnie - K.N. Haner (rozdziały 5-8)



Rozdział 5

Cały dzień w pracy rozmyślałem o Sarze i sytuacji z dzisiejszego poranka. Nie miałem nawet jej numeru, by zadzwonić i umówić się na spotkanie. Nie chciałem kolejny raz rozmawiać z nią w domu. To nie było neutralne terytorium. Potrzebowałem odpowiedniego miejsca na taką rozmowę. Akurat jadłem obiad, gdy Ash zaczynał zmianę. Spojrzał na mnie z głupim uśmiechem, a ja od razu wiedziałem, że Synthia „pochwaliła” się, że jej nie przeleciałem. Przysiadł się i patrzył, a ja miałem ochotę mu przypierdolić.
-Czego? – zapytałem i odłożyłem pudełko z jedzeniem na stół.
-Zrobiłeś wczoraj duże wrażenie na Synthii – spojrzałem na Asha.
-Taaa… zapewne.
-Nie wiem co jej zrobiłeś, ale poprosiła mnie bym załatwił jej twój numer. Nie chciałem go dawać bez twojej zgody – uniosłem brew. Czy on mówił poważnie?
-O to chodzi, że nic jej nie zrobiłem.
-Nie było bzykanka? – zapytał, odrobinę zbyt głośno. Pokręciłem głową na jego niedyskretność, ale Ash zaczął się śmiać.
-Nie, kot mnie rozproszył – powiedziałem, a Ash tym razem aż ryknął ze śmiechu.
-Jeśli nie chcesz, to nie dam jej numeru. Nie wyglądasz na zadowolonego po wczoraj… - zmienił temat, przyglądając mi się uważnie.
-Miałem dziwny poranek… - ugryzłem się w język, bo nagle przypomniało mi się, że Ash przecież zna Sarę i Matta.
-Opowiesz mi o tym na treningu, okej? Idę się przebrać, bo pora zacząć zmianę.
Nie chciałem gadać o tym z Ashem. Synthia to nie był mój problem. Właśnie też uświadomiłem sobie, że określiłem Sarę „problemem”, a to już dużo znaczyło. Dokończyłem obiad i wróciłem do pracy. Dziś było naprawdę mnóstwo roboty, więc czas do wieczora zleciał mi szybko. Byłem padnięty, więc odpuściłem trening i pragnąłem jedynie wrócić do domu. Dostałem też swoją tygodniówkę, więc wracając, postanowiłem kupić coś do jedzenia i zrobić kolację. Liczyłem na to, że zjem ją we trójkę z Sarą i Mattem.
-Jestem! – krzyknąłem od progu i skierowałem się do kuchni, by rozpakować zakupy. Ze swojego pokoju wyjrzał Matt.
-Czy te siatki to zwiastun kolacji? – wyszczerzył się szeroko.
-Chyba tak. Jest Sara? – zapytałem z ciekawości.
-Nie, wyszła rano i do tej pory jej nie ma. Dzwoniłem, ale nie odbierała, więc ma pewnie dużo zajęć na uczelni – zerknąłem na zegarek na ścianie w kuchni. Było już dobrze po ósmej wieczorem.
-Zrobię więcej, to może zje jak wróci. Za godzinę będzie kolacja – oznajmiłem i zabrał się za robienie domowej chińszczyzny.
Kilka chwil przed północą usłyszałem dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Podniosłem głowę i pod drzwiami pokoju zobaczyłem tylko cień przemykającej do swojego pokoju Sary. Nie zapaliła nawet światła, co oznaczało, że nie chciała, by ktoś wiedział, że dopiero wróciła. Ta godzina nie była odpowiednią porą na rozmowy, ale coś nie dawało mi spokoju. Wstałem z łóżka i wyszedłem na korytarz. Czekałem chwilę z nadzieją, że Sara również wyjdzie z pokoju. Zrobiła to, ale widząc mnie, odwróciła wzrok.
-Sara – podszedłem do niej. Zapaliłem światło, by móc na nią patrzeć.
-Dopiero wróciłam, jestem zmęczona  - bąknęła, ale nie miałem zamiaru odpuścić. Chwyciłem ją za brodę i zastygłem dostrzegając w jej oczach łzy. Ona wstydziła się łez. Chciała się odsunąć, ale jej na to nie pozwoliłem.
-Co się stało? – zapytałem. Pierwszy raz w życiu ruszyły mnie czyjeś łzy. To było naprawdę dziwne uczucie.
-Mam po prostu zły dzień.
-I chcesz by się skończył? – dodałem i musnąłem palcem jej policzek. Kolejna łza zmoczyła mój opuszek, a Sara w końcu spojrzała mi w oczy.
-Tak, chcę by się skończył… - odpowiedziała szeptem. Miałem wrażenie, że te słowa znaczyły zupełnie co innego. Widziałem, że ona nie chce rozmawiać, a jednocześnie nie chciała bym zostawił ją samą. Co miałem zrobić? Ta dziewczyna była dla mnie jedną wielką zagadką.
-Mam wrócić do siebie? – zapytałem po chwili. Nie oczekiwałem niczego. Po prostu chciałem, by była ze mną szczera.
-Nie… nie wiem – zawahała się – O Boże, Marshall. Jestem taką idiotką – nagle zaniosła się jeszcze większym płaczem. Zamurowało mnie, a Sara wtuliła się w moją pierś i łkała coraz mocniej. Objąłem ją lekko i nie wiedziałem co mam zrobić. Nie chciałem, by Matt się obudził, więc zaprowadziłem nas do mojego pokoju. Posadziłem Sarę na łóżku i usiadłem obok. Czekałem chwilę aż nieco się uspokoi. Na co liczyłem? Tego nie wiedziałem. Siedzieliśmy w ciszy długą chwilę. Wsłuchiwałem się w jej ciche łkanie, a potem w każdy oddech, gdy próbowała się opanować. Była zawstydzona, a ja doskonale ją rozumiałem. Też nie lubiłem obnażać się emocjonalnie przed innymi.
-Już lepiej? – zapytałem.
-Nie, nic nie jest lepiej, Marshall. Ludzie żyją złudzeniami, okłamują samych siebie, dają się źle traktować, by spełnić oczekiwania innych. To bardzo chujowe uczucie – powiedziała nagle. Niczego nie rozumiałem, a ona oczekiwała zrozumienia. Wiedziałem jednak, że nie odpowie na moje pytania.
-Wiem jak to jest czuć się chujowo. Czuję się tak przez większość życia - odpowiedziałem szczerze, a Sara uśmiechnęła się z ironią.
-Może dlatego wydaje mi się, że jesteśmy do siebie podobni? – spojrzała na mnie. Była już spokojna i nie płakała. Znowu dostrzegłem to coś w jej oczach, co najbardziej mnie intrygowało. Nagle zapragnąłem ją pocałować. Nie wiem czemu? Tym razem Sara mnie nie prowokowała i nie oczekiwała tego, i chyba właśnie dlatego to zrobiłem. Ująłem jej twarz, a ustami przywarłem do jej ust. Były miękkie, ciepłe i lekko rozchyliły się, dając znać, że mogę posunąć się dalej. Wsunąłem w nią język i poczułem słodki smak śliny. Objąłem Sarę, by czuć ją bliżej. Ona nie protestowa i również mnie objęła. Jęknęła cicho, gdy przytrzymałem jej głowę i  pogłębiłem pocałunek. Naparłem na nią, a po chwili pchnąłem ją tak, że opadła plecami na materac. Podsunąłem się szybko, by mi nie uciekała. Nie mogłem nad sobą zapanować. Momentalnie znowu jej pragnąłem, a każda sekunda potęgowała we mnie to uczucie.
-Jeśli mam przestać, to powiedz to teraz – wyszeptałem, sunąc dłonią do jej pośladków.
-Nie, nie przestawaj – wyjęczała w moje usta i przyciągnęła mnie do siebie. Wsunąłem rękę pod jej pupę i ścisnąłem mocno, a Sara jęknęła ponownie. Wygięła się w łuk, eksponując przede mną swoje piersi, które w czarnej bluzeczce wyglądały bardzo zachęcająco. Wiedziałem do czego to prowadzi i nie mogłem przestać. To było jak trans. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Zdarłem z niej bluzkę i zacząłem całować dekolt. Po chwili zsunąłem ramiączka biustonosza i zatopiłem usta w jej piersiach. Były miękkie i krągłe, a sutki sterczały z podniecenia. Lizałem je na przemian, a drugą dłonią sięgnąłem do paska jej spodni. Bez wahania wsunąłem rękę pod majtki i poczułem jaka była gotowa. Gorąca i wilgotna, a to podnieciło mnie jeszcze bardziej.
-Sara… - jęknąłem. Najnormalniej w świecie wyjęczałem imię dziewczyny i to pierwszy raz w życiu. Wsunąłem palce między jej wargi, a następnie odnalazłem łechtaczkę i zacząłem ją masować. Nie byłem ekspertem w tych sprawach. Nie uprawiałem regularnego seksu i nie miałem Bóg wie jakiego doświadczenia. Wszystko robiłem instynktownie, ale z wyczuciem. Nie chciałem posunąć się za daleko, chociaż już ten pocałunek był złamaniem wszystkich współlokatorskich zasad.
-Nie przestawaj… - wysapała i zamknęła oczy. Rytmicznie poruszała biodrami, by dopasować się do ruchów moich palców. Jej wilgoć sprawiła, że zapragnąłem poczuć jaka była w środku. Przez sekundę wyobrażałem to sobie, a po chwili zatopiłem w niej dwa palce.
-O kurwa, Sara… - znowu jęknąłem. Słodkie ciepło jej cipki, która zaciskała się mocno, otuliło moją dłoń.
-Tak, mocniej – nagle chwyciła moją dłoń, dając do zrozumienia bym przyśpieszył. Tak wiec zrobiłem. Pieściłem ją mocniej i szybciej, dołączyłem trzeci palec i pocałowałem namiętnie jej usta. Sara przygryzła moją wargę i zastygła. Zacisnęła rękę na moim nadgarstku, a ja poczułem jak jej ciałem wstrząsa silny dreszcz. Jej cipka pulsowała, zrobiła się jeszcze bardziej mokra, a ja mogłem patrzeć na stan ekstazy do jakiego doprowadziłem Sarę. Podobał mi się ten widok. Ona jęczała i wiła się, a ja pragnąłem więcej i już zacząłem ściągać swoje spodnie, gdy nagle światło w korytarzu zapaliło się.
-Sara? Sara to ty? – oboje usłyszeliśmy głos Matta. Zasłoniłem dłonią usta Sary, bo ta nadal wydawała z siebie erotyczne dźwięki.
-Cicho! – wyszeptałem i dostrzegłem rozbawienie w jej oczach. Również się uśmiechnąłem i wstałem powoli, pokazując, by Sara nie ruszała się z miejsca. Zdjąłem koszulkę i uchyliłem drzwi od pokoju.
-Chyba jeszcze jej nie ma – powiedziałem, zerkając na totalnie zaspanego Matta.
-Byłem pewny, że ją słyszałem.
-Przyśniło ci się – nagle poczułem na plecach jej dłonie. Aż podskoczyłem, ale Matt tego nie zauważył.
-Chyba tak… Wracam do wyra. Dobranoc!
Szybko zamknąłem drzwi i odwróciłem się. W moim pokoju było ciemno, ale od razu dostrzegłem, że Sara była już zupełnie naga. Oblizałem usta. Kurwa. Nie potrafiłem się opanować. Podszedłem i podsadziłem ją na siebie. Opadliśmy na łóżko i zaczęliśmy się namiętnie całować. Po chwili nie miałem już na sobie spodni i tak niewiele brakowało do tego, bym poczuł ją dogłębnie, ale nagle w jej pokoju zaczęła dzwonić komórka.
-Cholera! – pisnęła Sara. Oboje wiedzieliśmy, że Matt też zaraz usłyszy ten dźwięk. Zerwaliśmy się z łóżka, a ona nago przebiegła do swojego pokoju. Zaraz potem na korytarz wyszedł Matt i zaczął rozmawiać z Sarą przez drzwi.  Ja zostałem sam, na pełnym wzwodzie, a moje łóżko pachniało nią do rana. Cały czas ją czułem, bo nie zmrużyłem oczu, ale Sara tej nocy już do mnie nie wróciła.

Rozdział 6

Przywaliłem z całej siły w worek treningowy. Zrobiłem to tak mocno, aż Ash odskoczył w tył i spojrzał na mnie niepewnym wzrokiem. Od trzech dni chodziłem nabuzowany, a kłębiące się we mnie emocje i myśli, nie dawały mi spokoju.
-Co ty dziś taki narwany? – zapytał, podając mi butelkę z wodą.
Tak, byłem narwany. Dlaczego? Nie widziałem Sary od tamtej nocy. Unikała mnie. Nie wracała do domu, albo wychodziła tak wcześnie, by mnie nie widzieć. Dziś rano specjalnie wstałem wcześniej, by z nią porozmawiać, ale ona, jak na złość, siedziała ponad dwie godziny w łazience, a potem wykorzystała chwilę, gdy robiłem śniadanie i pośpiesznie wyszła z mieszkania. Nie wiedziałem co się dzieje? Co zrobiłem źle? Uraziłem ją czymś tamtego wieczoru? Każda myśl o niej nie pozwalała mi normalnie funkcjonować. Wiedziałem, że coś jest na rzeczy, ale nie mogłem przewidzieć na co powinienem się przygotować.
-Nie wiem… - spojrzałem na niego – Pójdziemy po pracy na jakiś browar? – zaproponowałem. Odkąd pamiętam nadużywałem alkoholu, ale przez ostatni rok byłem praktycznie abstynentem. Starałem się nad tym panować, ale tego dnia musiałem się odprężyć.
-Yyy… Missy ma dziś wychodne, ale możemy iść do nas i wypić po piwie. Wiesz, ona siedzi w domu z małą i raz w miesiącu robi sobie wieczór z koleżankami, by nie stać się znudzoną kurą domową – głos Asha brzmiał jak tłumaczenie. Uśmiechnąłem się.
-Nie jesteś o nią zazdrosny? – zapytałem. Żona Asha była śliczną kobietą. Miała krągłości po ciąży, ale to dodawało jej uroku. Spory biust, biodra i wielkie oczy, w których zawsze był swojego rodzaju błysk. Oprócz tego otwartość i poczucie humoru wyróżniały ją spośród innych kobiet, które nie miały takiego dystansu do świata i siebie.
-Pewnie, że jestem. To świetna laska – Ash również się uśmiechnął – Ale ufam jej, ona mi chyba też ufa. Wiesz, bez zaufania nie można budować związku, a tym bardziej małżeństwa. Mamy córkę, która wiele zmieniła między nami i powiem ci szczerze… - nachylił się bliżej – Po ciąży i porodzie bałem się, że seks będzie chujowy, a jest wiele lepiej. Missy jakby… Nie wiem jak to określić? Stała się bardziej pewna siebie.
-Nie wdawaj się w szczegóły, bo jestem wyposzczony – powiedziałem szczerze.
-No to trzeba było od razu mówić, że to o to chodzi. Dziś piątek, a chłopaki co tydzień chodzą na podryw. Idź z nimi, a nie będziesz zanudzał z zakochanym w żonie i córce nudnym tatuśkiem.
-Nie mam ochoty na podryw. Chcę się po prostu napić piwa.
-Kiedy ostatnio coś zaruchałeś? – zapytał, a ja parsknąłem śmiechem. Takie słownictwo totalnie do niego nie pasowało. Ash był spoko gościem, a ja naprawdę zaczynałem go lubić.
-Szczerze? Z rok temu? – próbowałem sobie przypomnieć imię tamtej dziewczyny, którą przeleciałem na tyłach baru w miasteczku gdzie mieszkali moi rodzice. Tamten bar był wtedy moim domem. Pracowałem tam, piłem za darmo, ćpałem, poznawałem dziwnych ludzi. To trwało zdecydowanie za długo i doprowadziło do tragedii przez którą byłem teraz w Nowym Jorku i chciałem odciąć się od tamtego życia.
-Serio? Rok bez bzykanka? Ja bym nie wytrzymał… - Ash aż potrząsnął głową.
-Jakbym miał żonę, to też bym nie wytrzymał.
-Więc musimy znaleźć ci żonę – spojrzałem na Asha.
-Do małżeństwa mi daleko, Ash i skończmy pierdolić te głupoty, tylko dokończmy trening i jedźmy do was.
-Okej! Jeszcze po jednej rundziei spadamy stąd! – Ash rzucił we mnie ręcznikiem i chwycił worek. Wytarłem twarz, napiłem się wody i znowu zacząłem okładać go z całej siły.
Wróciłem do domu nad ranem. Byłem totalnie pijany, ale w dobrym humorze. Nasz męski wieczór nieco się przedłużył, a Ash ze zwykłej gościnności nie potrafił mnie wyprosić. On wypił jedynie dwa piwa, a ja… chyba ze dwanaście. Missy dołączyła do nas koło pierwszej w nocy i dotrzymywała mi kroku. Nie sądziłem, że po alkoholu mogła być jeszcze bardziej urocza. Kleiła się do Asha i była bardziej rozluźniona niż zwykle. Ash miał z nas naprawdę niezły ubaw.
-Kurwa… - zakląłem, próbując trafić kluczem w zamek. Nie miałem pojęcia czy ktoś był w mieszkaniu, a nawet jeśli, to nie chciałem nikogo budzić. Gdy w końcu udało mi się otworzyć drzwi, zrobiłem krok i potknąłem się o własne nogi. Byłem bardziej pijany niż mi się wydawało. Narobiłem hałasu, a ze swojego pokoju nagle wyszła Sara.
-Mam przewidzenia czy naprawdę jesteś w domu? – wybełkotałem. Byłem zaskoczony, że Sara w końcu zaszczyciła mieszkanie swoją obecnością.
-Może i dwoi ci się w oczach od nadmiaru wódy, ale tak, jestem w domu – podeszła do mnie i chciała pomóc mi wstać. Zerknąłem na drzwi od pokoju Matta, były otwarte, a to oznaczało, że tym razem jego nie było.
-A gdzie byłaś przez te dni? – zapytałem i spojrzałem na nią. Znowu wydawała mi się taka śliczna. Zaspana, naturalna i słodko zdziwiona moim stanem.
-Miałam ważne sprawy. Wstawaj, Marshall i połóż się spać, bo jesteś totalnie…
-Pijany? – zaśmiałem się w głos.
-Tak.
-A ty jesteś manipulantką, wiesz o tym? – wypaliłem nagle. Nie myślałem trzeźwo, i to nie była jedynie kwestia tych dwunastu wypitych piw. Sara uniosła brew i skrzywiła się lekko.
-Jeśli chcesz pogadać o tamtej nocy, to zróbmy to innym razem, a nie teraz. Za trzy godziny muszę wstać i jechać na uczelnię – powiedziała niepewnie. Nagle zawstydziła się, a to dodało mi odwagi.
-Wykorzystałaś mnie.
-Co? Ja? – aż pisnęła.
-Nie jesteś niewiniątkiem i doskonale o tym wiesz. Czemu do mnie nie wróciłaś tamtej nocy? Mogło być miło – powiedziałem z wyrzutem.
-Nie muszę ci się tłumaczyć – Sara spoważniała i odwróciła się. Już chciała wrócić do swojego pokoju, ale ja wstałem z podłogi i szybko do niej podszedłem. Zatrzasnąłem ręką drzwi, które już otwierała, a ona odwróciła się do mnie gwałtownie.
-Mówiłem ci, że nie lubię gierek. Prowokujesz mnie, szczujesz jak psa, jęczysz jak suka, gdy robię ci dobrze, a potem znikasz na kilka dni. Zachowuj się jak dorosła kobieta, a nie gówniara.
-A ty zachowuj się jak facet, a nie napalony nastolatek, któremu…SUKA nie dała! – podkreśliła wymownie to obraźliwe słowo. Może niepotrzebnie je użyłem, ale alkohol wcale nie pomagał mi racjonalnie myśleć.
-Nie to miałem na myśli – dodałem przepraszająco, widząc, że poczuła się urażona.
-A ja myślę, że właśnie to i wiesz co? – nagle odepchnęła mnie od siebie – Lubiłam cię i fakt, prowokowałam i szczułam, ale chciałam byś się zniechęcił i wyprowadził – te słowa zabrzmiały szczerze.
-Dlaczego miałbym się wyprowadzić? – zapytałem. Byłam zaskoczony.
-Nie pasujesz do nas, a ja źle się czuję, gdy jesteś w domu – odpowiedziała, ale to już nie zabrzmiało szczerze.
-Sara, co ty pieprzysz?
-Nic… - nagle znowu odwróciła wzrok – Wracam do siebie, Marshall i chciałabym żebyśmy się unikali i ignorowali. Tak będzie najlepiej – dodała niepewnie. Totalnie nic z tego nie rozumiałem. O co jej chodziło?
-Najlepiej dla kogo? – dopytałem. Nie miałem zamiaru jej odpuścić.
-Dla mnie. Każdy niech się martwi o własny tyłek, okej?
-Spoko, można żyć myśląc tylko o sobie, ale to trochę słabe. Ja niczego od ciebie nie oczekuję i chcę tylko wyjaśnić kilka spraw. Nie musisz się tłumaczyć, ale w takim razie nie wciągaj mnie w coś co jest popieprzone. Ja chcę tu po prostu tylko spokojnie mieszkać.
-Nikt nie pytał mnie o zdanie czy ja chcę byś akurat ty tu zamieszkał! – warknęła na mnie z agresją.
-A co ja ci zrobiłem?! – cofnąłem się o krok.
-Już mówiłam, że źle czuję się, gdy jesteś w domu.
-Ja pierdole co ty pieprzysz, Sara? – potrząsnąłem głową – Boisz się tego napięcia, które sama zbudowałaś, czy co? Jeśli tak, to od razu powiem, że nie musisz się martwić, bo nie jestem napalonym desperatem.
-Świetnie, w takim razie wyjaśniliśmy sobie wszystko, a ja wracam do łóżka.
Milczałem. Nie miałem ochoty kontynuować tej bezsensownej rozmowy. Sara patrzyła na mnie i bez słowa więcej wróciła do swojego pokoju. Byłem wkurwiony, bo ona dalej prowadziła tę pierdoloną grę. Była małą pieprzoną manipulantką i co najgorsze… zaczynało mi się to podobać.
Sobotni poranek na kacy, to totalny koszmar. Prawie zapomniałem jak to jest, ale zarzygana podłoga i smród w pokoju szybko mi przypomniały uroki takiego życia.
-O kurwa… Moja głowa – zawyłem, leżąc w łóżku. Nie miałem siły się podnieść i posprzątać wymiocin z podłogi. Nie miałem siły na nic. Przysnąłem i koło jedenastej zmusiłem się, by iść pod prysznic. Zrobiło mi się nieco lepiej, a w międzyczasie zadzwonił do mnie Ash i zapytał jak się czuję. Po głosie poznał, że nie jest najlepiej, więc zaprosił mnie do nich na obiad. Nie chciałem jednak nadużywać  gościnności Asha i Missy i tym razem odmówiłem. Ogarnąłem pokój, wmusiłem w siebie śniadanie i postanowiłem, że cały dzień spędzę przed telewizorem. Znowu przysnąłem, ale nagle obudził mnie dźwięk trzaskania drzwiami. Nie wiedziałem co się dzieje, ale zerwałem się z sofy w salonie. Ukradkiem zobaczyłem tylko, jak drzwi od pokoju Sary zatrzaskują się. Od razu tam poszedłem i wparowałem do środka, bez pytania.
-Możesz ciszej?! Mam kaca i każdy dźwięk, to dla mnie jak kula w łeb! – warknąłem, ale zatrzymałem się w pół kroku. Ona znowu płakała. Kurwa! Czemu miałem do niej taką słabość?
-Myślałam, że nikogo nie ma. Przepraszam – odpowiedziała cicho. Była w bardzo złym stanie. Gorszym niż ostatnio.
-Masz problemy na uczelni? – zapytałem. Tylko to przyszło mi na myśl. Sara jednak siedziała na brzegu swojego łóżka, z twarzą schowaną w dłoniach. Nie odpowiedziała, więc podszedłem.
-Sara… - chwyciłem jej nadgarstek, by spojrzała na mnie.
-Idź stąd, Marshall – wydusiła z siebie.
-Nie wyjdę dopóki na mnie nie spojrzysz.
Znowu zapadła cisza. Sara uspokoiła się, otarła łzy i odgarnęła włosy z twarzy, a potem spojrzała na mnie. Odsunąłem się widząc, że ma rozciętą wargę i opuchnięty policzek oraz oko.
-Co ci się, kurwa, stało? – zapytałem bezmyślnie.
-Uderzyłam się na treningu. To nic takiego – naprawdę starała się, by zabrzmiało to wiarygodnie. Prawie jej w to uwierzyłem.
-Co takiego niby trenujesz, że masz takie obrażenia?
-Mamy różne zajęcia na studiach. To akurat była samoobrona. Nie raz miałam już przez to siniaki – mimo że zabrzmiało to przekonująco, to mnie nie przekonało. Wiedziałem jednak, że Sara niczego mi nie powie. A na pewno niczego co chociażby ocierało się o prawdę.
-Chodź… - złapałem ją za rękę – Zrobię ci zimny okład i trzeba coś zrobić z tymi ustami – chwyciłem jej brodę i musnąłem palcem rozciętą wargę. Sara skrzywiła się, ale spojrzała na mnie znowu.
-Tak, zdecydowanie musisz coś z nimi zrobić – odpowiedziała i oblizała wargę. Chyba nie zrobiła tego celowo, a te słowa miały mieć zupełnie inny wydźwięk, ale ja znowu zapragnąłem ją pocałować. Ogarnęło mnie to dziwne uczucie, które skupiało się w głowie, ale promieniowało aż do kutasa. Objąłem Sarę i klęknąłem między jej udami.
-Marshall… Nie…  - zaprotestowała, ale to było mało przekonujące.
-Tak. Właśnie, że tak, Saro – przyciągnąłem ją do siebie, tak, że usiadła na moich biodrach. Agresywnie wdarłem się do jej ust. Poczułem smak krwi, ale również słodkość śliny. To mnie podnieciło. Nie potrzebowałem delikatnych pieszczot. Tym razem po prostu pragnąłem się z nią pieprzyć. Sara na szczęście była w spódniczce, więc z łatwością zerwałem z niej majtki. Sam szybko zsunąłem swoje dresy i chwyciłem w dłoń twardego i spragnionego kutasa. Nie myślałem i niczym. Tylko o tym, by znaleźć się w niej jak najprędzej. To trwało dosłownie sekundy. Otarłem główkę penisa o jej morą cipkę. Sara wciągnęła głęboko powietrze, a ja zamknąłem oczy. Byłem pewny, że chciała tego równie mocno jak ja. Pchnąłem mocno i od razu poczułem opór. Sara krzyknęła i zacisnęła dłonie na moich barkach. Wtuliła się we mnie, bo jej ciało nie zgadzało się z rozumem. Była spięta, ale tak napalona, że nie zwracała uwagi na ból. Wycofałem się więc, splunąłem na dłoń i nawilżyłem kutasa, a potem jej cipkę, by nieco się rozluźniła. Nic nie mówiliśmy, tylko dyszeliśmy ciężko i szybko. Po chwili już w niej byłem. Cały. Do końca. I wtedy jęknąłem głośno.
-Sara… - w głowie zaczęło mi się kręcić. To co czułem było nie od opisania. Wiedziałem, że zaraz dojdę, ale miałem to gdzieś. To nie był czas na popisy czy seks maraton. Nie tego w tym momencie pragnęliśmy – Tabletki… Bierzesz? – zapytałem ochryple, bo przecież nie miałem na sobie prezerwatywy.
-Nie martw się o to – odpowiedziała i sama zaczęła się poruszać. Pchnęła mnie tak, że opadłem na plecy, a ona na mnie. Leżałem na dywanie i nic więcej nie musiałem robić. Ona doskonale wiedziała co i jak. Zaczęła mnie ujeżdżać dziko i ostro. Patrzyłem na nią. Praktycznie się nie ruszałem. To było jak trans. Robiła to jak… profesjonalistka. Znała wszystkie sztuczki. Znała swoje ciało i wykorzystywała to. Chciałem zdjąć z niej bluzkę, ale gdy podniosłem ręce, Sara chwyciła je i przyszpiliła do dywanu. Pocałowała mnie, a ja wtedy zacząłem dochodzić. Krzyknąłem głośno, bo miałem wrażenie, że ból mieszał się z rozkoszą. Jej cipka pulsowała mocno, co potęgowało moje doznanie. Siłowałem się z jej rękoma, by w końcu objąć ją mocno i docisnąć do siebie. I wtedy ona znowu wyjęczała moje imię. Wiedziałem, że jest blisko, więc poruszyłem się lekko. Wycofałem i wszedłem znowu w to słodkie i mokre ciepło. Obłędną przyjemność. Sara zadrżała i uległa mi całkowicie. Opadła na mnie, a ja powolnymi pchnięciami doprowadziłem ją do orgazmu. Poczułem jak osiągnęła spełnienie i chciałem spojrzeć jej w oczy, ale ona wtuliła w moje ramie. Wiedziałem, że nie chciała bym na nią patrzył i tym razem odpuściłem. Oboje dyszeliśmy ciężko. Było mi niewygodnie na tym pieprzonym dywanie i okropnie gorąco, ale leżeliśmy tam dłuższą chwilę.
-Wszystko w porządku? – zapytałem cicho. Sara w końcu podniosła głowę i spojrzała na mnie.
-Chwilowo tak. Dziękuję – odpowiedziała i pocałowała mnie czule. Pierwszy raz zrobiła to w taki sposób. Spodobało mi się to. Czułość była dla mnie odległym uczuciem, ale w jej wydaniu nabierała zupełnie innych barw. Przestałem się tego bać. Chwilowo. Ale to już było naprawdę coś.

Rozdział 7

Skłamałbym mówiąc, że nie byłem zadowolony z tego poranka. Mimo zaskakującego finału nie żałowałem tego co się stało. Sara chyba też nie żałowała, bo po szybkim numerku na dywanie, zrobiliśmy to jeszcze raz pod prysznicem, a potem w kuchni, zaraz po obiedzie. Nie mogłem się nią nasycić. Z każdą sekundę pragnąłem jej bardziej, ale wtedy jeszcze mnie to nie martwiło. Chciałem korzystać z życia. W końcu mogłem to robić swobodnie. Mogłem decydować o sobie, nie krzywdząc przy tym nikogo. Zaczynałem nowy etap i podobało mi się to wszystko co się działo. Nowe miasto, praca, znajomości, które nie wpływały na mnie źle. To było coś stabilnego, a jednocześnie kruchego i ulotnego. Ja jednak nie chciałem tego stracić. Nie znowu.
-Może poszlibyśmy kiedyś razem na spacer, czy do kina? – zapytałem, gdy leżeliśmy z Sarą w salonie na sofie i oglądaliśmy kolejny sezon Gry o tron. Gładziłem jej nagie ramie, a następnie odgarnąłem włosy, gdy spojrzała na mnie.
-Shall… - zaśmiała się – Nie angażuj się w to za bardzo, bo… - urwała w pół zdania.
-Bo co? – skrzywiłem się. Te słowa zabrzmiały dziwnie.
-Bo to tylko seks, a ja nie chcę, by Matt się dowiedział, że my…
-Domyślam się, że ma się niczego nie dowiedzieć, ale ja nie proponuję ci randki ani związku. Spędźmy razem więcej czasu i tyle – podsunąłem się do pozycji półsiedzącej. Sara również usiadła i owinęła się kocem. Nadal była naga i cholernie mnie to kręciło.
-Myślałam, że jesteś dorosłym facetem, Marshall – powiedziała nagle.
-Bo jestem i nie rozumiem co to ma do rzeczy, Sara.
-Pieprzyliśmy się, było fajnie, ale nie dopisuj sobie do tego jakieś historyjki. Nie jestem dziewczyną z którą chciałbyś chodzić na spacery czy do kina. Uwierz mi.
-A taką z którą mogę się pieprzyć, to już jesteś? – zapytałem wprost. Nie rozumiałem jej i chyba nigdy wcześniej nie znałem kogoś tak skomplikowanego.
-Z tego co wiem, ani razu nie wylądowaliśmy w łóżku – próbowała zmienić temat, ale ja już zdążyłem się wkurwić. Nawet jej słodki uśmiech mnie nie uspokoił. Wstałem i postanowiłem iść na siłownie. Poszedłem do siebie, by się ubrać. Nie odzywałem się do Sary, a ona nie kontynuowała tematu. Tak było jej wygodnie. Nie byłem pewny czy ona po prostu udawała, czy faktycznie taka była? Nie chciało mi się w to wierzyć. Może nie byłem specjalistą od ludzkich osobowości, ale ona skrywała pod skórą wiele sekretów i grała. Tak. Ona nie żyła. Grała.
Na siłowni wydusiłem z siebie siódme poty. Byłem skonany, ale poczułem się lepiej. Przez te dwie godziny wyżywałem się na worku treningowym i sztandze. Na posterunku panował spokój, ale przy okazji zajrzałem do chłopaków. Akurat grali w karty i rozmawiali o czymś bardzo intensywnie.
-Ash podobno nigdy nie zdradził swojej żony – powiedział jeden ze strażaków, rzucając karty na stół – Mam karetę! – dodał zadowolony.
-Pierdoli głupoty. Teraz udaje przykładnego męża, ale kiedyś przecież tak nie było. Jak zaczynał u nas, to chodził z nami co piątek na ruchanie i nie miał wyrzutów.
-Swoją drogą niezła ta jego żonka. Z chęcią bym jej… - wszedłem do pomieszczenia gdzie chłopaki odpoczywali przed albo po akcji.
-Lepiej nie kończ zdania. Missy to świetna babka, a Ash ja kocha i to trochę słabe, że obrabiacie mu dupę za plecami – powiedziałem zirytowany.
-A ty co tu robisz, Shall?  Chyba masz dziś wolne – odezwał się najstarszy strażak z grupy. Sam był facetem koło czterdziestki. Nie miał żony, ani dzieci. Najwidoczniej był też opowiadaczem przeróżnych historii o tym kogo, gdzie i kiedy miał okazję pieprzyć. Nie lubiłem takich ludzi.
-Wpadłem na siłownie.
-To teraz albo do nas dołącz, albo nie wtrącaj się w męskie rozmowy – cała załoga zaczęła się śmiać. Nie należałem do ekipy. Tylko tu sprzątałem i wtedy uświadomiłem sobie, że tak jest nawet lepiej. Nie musiałem mieć całej zgrai głupich kumpli. Wystarczył mi Ash, bo jego naprawdę szczerze lubiłem.
-Męskie rozmowy o ruchaniu żony kumpla z pracy? – prychnąłem pod nosem – Tak, to takie, kurwa, męskie… - dodałem i odwróciłem się, a następnie wyszedłem. Nie chciało mi się z nimi gadać, a na pewno nie o takich sprawach. Byłem inny, nie dobry, nie zły… Inny, ale pasowało mi to. Tutaj w Nowym Jorku miałem czystą kartę i od mnie zależało jak ją wypełnię. Na razie nie wyglądało to źle. Nagle znowu pomyślałem o Sarze. To była dla mnie największa zagadka. Intrygowała mnie, podniecała, wkurwiała. Miała w sobie coś, co sprawiało, że chciałem ją lepiej poznać. Jak miałem to jednak zrobić, skoro sam nie chciałem zdradzać o sobie za wiele? To nie było fair. Wiedziałem, że to nie wypali. Coś za coś. Nic na tym świecie nie było za darmo.
Wróciłem do domu i szczerze mówiąc liczyłem, że Sary nie będzie. Niestety zastałem ją w kuchni, gdy malowała sobie paznokcie. Wyglądała jakby szykowała się na wieczór. Nałożyła bardzo dużo makijażu, by ukryć posiniaczony policzek. Nie znałem tych babskich sztuczek, ale usta również zakamuflowała i nie było widać opuchlizny. Spojrzałem na nią, ale mnie zignorowała. Chyba powinienem się do tego przyzwyczaić, ale to wszystko było za świeże. Czułem, że coś we mnie pęka. Zmienia się. Mur się kruszył, ale Sara otaczała się nim wtedy kiedy było jej niewygodnie. Nie potrafiła się otworzyć i szczerze porozmawiać. Wkurwiało mnie to. Zacząłem odczuwać znużenie tą sytuacją, a trwało to przecież zaledwie kilka dni.
-Kiedy wraca Matt? – zapytałem, wchodząc do kuchni, by zrobić sobie kolację. Sara właśnie kończyła układać włosy, a ja stwierdziłem, że lepiej wyglądała bez tego całego makijażu i kurewskich ciuchów. Tak. Sara ubrała się jak dziwka. To było moje pierwsze skojarzenie na skórzaną sukienkę, która zaczynała się tuż nad piersiami i ledwo zasłaniała tyłek. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że nie podobał mi się fakt, że ona miała zamiar wyjść tak z domu. To było irracjonalne.
-Jutro wieczorem. Został u rodziców – rzuciła zdawkowo i wstała z taboretu w kuchni. Mój wzrok bezwiednie powędrował na jej pupę, a ja nagle dostrzegłem, że Sara nie miała na sobie majtek. Przemilczałem to. Co mnie to w ogóle obchodziło? Tak naprawdę nic, ale poczułem się dziwnie. I nie, to nie była zazdrość.
-A ty? Masz zamiar wrócić dziś do domu? – byłem złośliwy. Moje pytanie sugerowało odpowiedź, więc Sara niczego więcej nie powiedziała. Przeszła obok mnie, a ja poczułem zapach jej słodkich perfum. Obejrzałem się za nią. Była tak kurewsko zgrabna w tych wysokich butach. Ta kieca nie zostawiała wiele wyobraźni, ale ja nie musiałem sobie niczego wyobrażać. Doskonale pamiętałem jak to było czuć ją. Być w niej. Zrobiłem się twardy i nagle postanowiłem, że spróbuję zatrzymać Sarę w domu. Mieliśmy przecież kolejną noc do dyspozycji, bo Matt miał wrócić dopiero następnego dnia wieczorem. Dlaczego znowu mieliśmy nie powtórzyć tych wspólnych chwil? Ja miałem na to ogromną ochotę. Ruszyłem więc do pokoju Sary, gdzie grała głośna muzyka  i nawet nie zapukałem, po prostu wszedłem. Chciałem podejść i wziąć ją w ramiona, by móc pocałować, a zastałem ją, jak wciągała nosem kreskę białego proszku ze stolika nocnego. Zamarłem.
-Co ty, kurwa, odpierdalasz?! – wrzasnąłem na nią. Sara odskoczyła, bo musiała mnie nie usłyszeć. Spojrzała na mnie z obojętnością, wytarła dłonią nos i zaśmiała się żałośnie.
-Korzystam z życia.
Byłem totalnie zaszokowany i wkurwiony. Nie mieściło mi się w głowie, że Sara mogła mieć tego typu problemy. To jednak tłumaczyło wiele. Nie mogłem uwierzyć w to co widziałem, ale taka była prawda.
-Znam to „korzystanie z życia”, Sara i to do niczego dobrego nie prowadzi  - starałem się być spokojny, bo doskonale wiedziałem, że kłótnia niczego by nie zmieniła. Nie miałem prawa prawić jej kazań. Niczego nie mogłem jej kazać, a nawet jakbym poprosił, to ona i tak by tego nie zrobiła.
-Nie robię tego codziennie i panuję nad tym – nagle zaczęła się tłumaczyć. Ściszyła muzykę i wrzuciła do swojej niewielkiej torebki kilka rzeczy. Komórkę, portfel i dokumenty. Patrzyłem na nią i nadal niedowierzałem w to co się stało.
-Myślisz, że wypuszczę cię teraz z domu? – zapytałem, stając w drzwiach. Sara spojrzała na mnie i znowu się zaśmiała.
-A ty co? W mojego ojca się zabawiasz?
-Nie, ale nie wiem co to było za gówno i nie będę ryzykował, że coś ci się stanie. Zostajesz w domu! – powiedziałem groźnie.
-To była kokaina. Najlepszy towar. Chcesz spróbować? – była arogancka i wredna. Wyciągnęła z szuflady szafki kolejny woreczek z proszkiem. Skąd ona miała to gówno? Jakim cudem było ją na to stać?
-Zatrzymam cię siłą, Sara. Nie próbuj swoich sztuczek – podeszła do mnie. Już była pod wpływem, co oznaczało, że brała wcześniej. Zanim wróciłem do domu.
-I co mi zrobisz, co? – oblizała usta. Znowu zachowywała się jak suka. Wyuzdana, wredna, perwersyjna i nieznająca granic dziwka. Nie lubiłem jej takiej, chociaż fascynowała mnie wtedy najbardziej. To był paradoks. Chciałem by była normalna, a jednocześnie właśnie ta „zła” strona ciągnęła mnie do niej. Wiedziałem, że to wszystko źle się skończy, ale granica już została przekroczona, a ja nie mogłem się wycofać.

Rozdział 8

Zdarzyło mi się kiedyś uderzyć kobietę. Ba! I to nie raz, ale nigdy więcej nie chciałem tego powtarzać. To było złe, i nawet jeśli Sara zachowywała się karygodnie, to ja nie miałem prawa jej dotknąć. Nie tak. Nie pod wpływem takich nagłych emocji. Co z tego, że prowokowała? Była naćpana i znowu grała w tę grę, która wykańczała ją fizycznie i psychicznie. Zagrodziłem jej drogę, gdy chciała wyjść z pokoju i wtedy mnie odepchnęła. Nie zrobiło to na mnie wrażenia, ale ona nie potrafiła odpuścić. Zrobiła to znowu, a gdy ani drgnąłem… uderzyła mnie. Pięścią w klatkę. Zacisnąłem dłonie, by się opanować. Brzydziłem się przemocą, chociaż kiedyś sam bardzo często ją stosowałem. To był mój koszmar. Moja przeszłość i to co się stało… Nie chciałem zapomnieć, ale nie chciałem też być taki jak kiedyś. Pragnąłem zmiany i odcięcia się od tamtego życia.
-Jeśli zrobisz to jeszcze raz, to ci oddam – ostrzegłem ją. Mówiłem całkiem poważnie, ale ona oczywiście wzięła to za kłamstwo. Znowu się zamachnęła, a ja wtedy złapałem gwałtownie jej nadgarstek i odepchnąłem.
-Jesteś damskim bokserem? Nie uwierzę, Shall… - zaczęła się śmiać. W sumie to wyśmiewała mnie, a ja już byłem na granicy. Naprawdę nie chciałem tego robić, ale Sara w tym momencie nie panowała nad sobą. Chwyciła z komody pod ścianą wazon w którym stały białe róże i cisnęła nim we mnie. Zasłoniłem się rękoma, szkło odbiło się ode mnie i roztrzaskało, a następnie rozsypało na całej podłodze. Byłem w szoku, a ona zaczęła rzucać we mnie kolejnymi przedmiotami. Butami, ubraniami, książkami i płytami. Zachowywała się jak niezrównoważona. Krzyczała. Wyzywała mnie. Obrażała. Zaczęła też płakać, ale chyba ze złości. Następnie rzuciła się na mnie. Dźwięk gniecionego pod jej butami szkła dudnił mi w uszach. Uderzyła mnie w twarz i wtedy zareagowałem. Oddałem jej. Otwartą dłonią wymierzyłem jej lekki policzek. Miałem nadzieję, że dzięki temu się uspokoi, ale nie… Ona wpadła w jeszcze większy szał. Zaczęła mnie okładać coraz mocniej. Szarpała się, gdy chciałem unieruchomić jej dłonie. W końcu stało się. Znowu byłem starym Shallem… Uderzyłem ją naprawdę mocno. Sara zachwiała się na obcasach i prawie upadła. Szał zniknął z jej twarzy. Nagle chwyciła się za policzek, a następnie spojrzała na mnie. Kurwa! Dostrzegłem krew na jej ustach. Rozciąłem jej wargę, albo naruszyłem tę ranę, którą miała wcześniej. To nie było istotne. Fakt był taki, że znowu przemawiała przeze mnie agresja. Chwilowo myślałem, że dobrze zrobiłem. Że się jej należało. Że zasłużyła. Myślałem o Sarze najgorsze rzeczy. Dziwka. Manipulantka. Kurwa. Suka. Tak… takie słowa przychodziły mi na myśl. Nie żałowałem jej. Nie było mi jej szkoda. Po prostu dostała to czego chciała. Prowokowała? Ja zareagowałem. To wydawało się takie proste, ale nie było. Musiałem wyjść, by nie zrobić jej większej krzywdy. Byłem przecież do tego zdolny. Byłem… Byłem mordercą.
Wybiegłem z mieszkania, a następnie z schodami dotarłem na sam dół. Nie czułem niczego. Znowu byłem niczym. Nikim. Nicością. Pustką. Przed oczami miałem obrazy z tamtej nocy. Migające światła. Krzyk. Hamowanie. Ciało dziewczyny leżące na środku drogi. Tak bardzo nie chciałem wracać do tamtych wspomnień, ale to było silniejsze ode mnie. Nigdy nie zapomnę, gdy w sądzie dla nieletnich, podczas ogłaszania wyroku, matka tej dziewczyny patrzyła na mnie. W jej oczach nie było nienawiści. Był żal, że zabiłem jej jedyną córkę, która wieczorem wracała z dodatkowych zajęć, bo chciała dostać się na dobre studia. Szła uboczem. Ja jechałem pod wpływem. Zabrałem wtedy auto ojca. To nie mogło skończyć się dobrze i nie skończyło. Wyrok był śmieszny, ale takie mamy prawo. Dorosły człowiek odsiedziałby za to długie lata, a ja jako piętnastoletni gówniarz dostałem tylko poprawczak i mnóstwo godzin robót społecznych. Terapia nie pomogła, bo pani psycholog nie potrafiła do mnie dotrzeć. Nikt nie potrafił. Ja sam zamykałem się na tę dobrą stronę, która gdzieś tam we mnie była. Wiedziałem o tym, ale bałem się otworzyć i obnażać najbardziej osobiste uczucia, bo to sprawiało, że byłem słaby. Ile razy miałem myśli samobójcę? Nie potrafiłem zliczyć. Pojawiały się one wtedy, gdy próbowałem się otworzyć. Potrzebowałem znaleźć bezpieczny balas pomiędzy tym złym, a dobrym Shallem. Potrzebowałem przebaczenia. Odkupienia. Nikt jednak nie potrafił mi tego dać. Idąc ulicą Nowego Jorku uświadomiłem sobie, że już zawsze będę czuł się winny. Że to nigdy się nie skończy. Każde miasto. Każde nowe miejsce. To nic by nie zmieniło. Problem był w mojej głowie. Przeszłość, która rzutowała na to co działo się teraz i na to co mogło się wydarzyć. Co z tego, że chciałem żyć normalnie skoro nikt mnie tego nie nauczył? Od najmłodszych lat sprawiałem problemy. Żyłem pod kloszem. Byłem kontrolowany, oceniany, krytykowany i buntowałem się przeciwko temu. Moi rodzice chyba wyczuwali we mnie to zło. Wiedzieli, że ich syn jest zły i zapewne chcieli mnie przed tym ochronić, ale im się nie udało. Było mi wstyd, że ich zawiodłem, ale nie potrafiłem im tego powiedzieć. Miałem wrażenie, że dla nich nie istnieję i chyba tak było lepiej. Mogli zapomnieć o dramatycznej przeszłości i zająć się sobą. Kochali się i ja doskonale o tym wiedziałem. Matka nigdy nie pracowała, bo zajmowała się domem. Ojciec pracował i rządził w domu, a ja nie powinienem tego oceniać. Skoro mamie to pasowało, to co mi było do tego? Nie bił jej. Nie krzywdził. Oni się nawet nie kłócili. Wkurwiało mnie to. Każde normalne małżeństwo się przecież kłóci, ale nie oni… Ojciec mówił tak, więc tak było. Ze wszystkim. Remont kuchni? Mama nienawidziła czerwonego koloru, ale ojciec zadecydował, że nowe szafki będą właśnie w tym kolorze. Matka musiała codziennie gotować obiad w kuchni, której nienawidziła. Nowy samochód? Mama bała się szybkich aut, ale ojciec kupił sportowego Chevroleta. Święta Bożego Narodzenia? Spędźmy je na Rodos zamiast w rodzinnym gronie. Tak... Tak wyglądało ich małżeństwo. Najbardziej jednak zapamiętałem z domu jedną rzecz. Gdy miałem siedem, może osiem lat, przyniosłem do domu małego kota, którego znalazłem pod szkołą. Poprosiłem matkę byśmy go zatrzymali, ale ojciec oczywiście się nie zgodził. Był środek zimy, a on wyrzucił tego malucha na mróz. Płakałem i prosiłem ojca, by pozwolił mi go trzymać w pokoju. Obiecywałem, że będę się nim zajmował, karmił, sprzątał po nim… Byłem tylko dzieckiem, które chciało mieć zwierzątko. Tamtego dnia ojciec zamknął mnie w pokoju na klucz, bym nie wychodził. Rano znalazłem tego kota pod naszymi drzwiami. Zamarzł w nocy. To był ostatni raz kiedy płakałem. Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. Nienawiść wzrastała we mnie, a im byłem starszy, tym bardziej potrafiłem ją wyrazić. Najpierw przez krzyki, buntowanie się. Potem przez przemoc, picie, narkotyki. Nie umiałem inaczej, ale czy mogłem winić za to mojego ojca? Chyba nie.
Zatrzymałem się dopiero, gdy poczułem na swojej ręce czyjąś dłoń. Odwróciłem się gwałtownie i ujrzałem starszego mężczyznę, który właśnie uratował mi życie. Rozejrzałem się. Stałem na przejściu dla pieszych, a przede mną właśnie przejechał autobus. Cofnąłem się.
-Ja pierdolę… - wypuściłem głęboko powietrze.
-Zamyślony i zakochany. Uważaj na siebie synu – mężczyzna obdarzył mnie szerokim uśmiechem i oddalił się powoli. Ja dalej stałem jak wryty. Serce waliło mi jak szalone. Potrząsnąłem głową i schowałem się w ciemnej uliczce między dwoma sklepami. Oparłem się o zimny mur i próbowałem uspokoić. Dłonie mi się trzęsły, a w głowie pulsował kurewski ból. Co miałem zrobić? Gdzie iść? Do mieszkania nie chciałem wracać i jedyne co przyszło mi do głowy, to Ash. Było mi źle i niezręcznie, ale postanowiłem iść do niego. Nie chciałem prosić o pomoc, ale musiałem gdzieś przespać tę noc. Poszedłem tam na piechotę, by zdążyć dostatecznie ochłonąć. Było koło dziesiątej wieczorem, gdy dotarłem pod drzwi mieszkania. Zapukałem, a otworzyła mi Missy. Spojrzałem na nią, a ona jakby doskonale wiedziała, że nie jest dobrze.

-Ash! – zawołała męża – Mamy gościa. Przygotuj sofę w salonie, a ja znajdę pościel! – dodała i pokazała bym wszedł do środka. O nic nie pytała, a ja byłem jej za to dozgonnie wdzięczny. 
Zobacz więcej >
K.N. Haner - autorka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka