okładki

okładki

Zapomnij o mnie - K.N.Haner (rozdziały 1-4)

Kochani! Postanowiłam pokazać szerszemu gronu mój najnowszy pomysł na powieść. Ta historia nie ma jeszcze opisu, ale fabuła zrodziła się w mojej głowie kilka dni temu i nie daje mi spokoju. W Wasze ręce przekazuję cztery pierwsze rozdziały, więc jeśli macie ochotę, to zapraszam do lektury i czekam na Wasze opinie. Tekst jest oczywiście bez jakichkolwiek poprawek, redakcji, korekty, więc przymknijcie oko na błędy. Nie wiem też czy tytuł będzie właśnie taki, ale to okaże się w trakcie pisania. To nie będzie schematyczny romans, o czym zaraz się przekonacie :)



Rozdział 1

Odkąd zacząłem dojrzewać nienawidziłem swojego życia. Buzujące we mnie hormony dały nieźle popalić mnie i mojej rodzinie. Zaczęło się od drobnych kradzieży, palenia trawki, a skończyło na włamaniu do sklepu ze sprzętem komputerowym i poprawczaku. Nigdy nie zakładałem, że będę złym chłopcem. Wręcz przeciwnie. Miałem wyobrażenia o tym jak mogłoby wyglądać moje życie, ale to wszystko ogromnie różniło się od rzeczywistości. Gdy przyklei się do kogoś łatka „tego złego”, to ciężko jest potem wszystko wyprostować. Każde moje słowo było ważone dwa razy, każdy gest czujnie obserwowany, a najmniejsze potknięcia wytykane i wypominane po stokroć. To nie było fajne. Kurwa! To naprawdę nie było fajne. Jako nastolatek buntowałem się przeciwko całemu światu. Nic mi nie odpowiadało. Zupełnie nic. Potrafiłem wyzwać własną rodzoną matkę od beznadziejnych kurew, która nie umiała robić niczego innego, oprócz przytakiwania mężowi, który ją tłamsił. Potrafiłem uderzyć ojca. Te słowa i gesty zabijały mnie. Pragnąłem zrozumienia, a zostałem odrzucony. Wyrażałem emocje poprzez gniew. Mściłem się, choć nie miałem za co. Rodzice przecież chcieli mi pomóc, ale nie znali sposobu, by do mnie dotrzeć.

To był ciężki okres o którym nie chciałem zapominać. To nie chodziło o to, by zapomnieć… Chodziło o to, by mimo wszystko żyć dalej i uczyć się na błędach. Tyle razy zawiodłem rodziców. Tyle razy zawiodłem też sam siebie, dlatego dałem sobie ostatnią szansę, by żyć. Nie chciałem wegetować. Nie chciałem zamieniać się w bezuczuciowy kamień. Bałem się, że umrę na pustyni obojętności i nigdy nie będę w stanie normalnie funkcjonować. To mnie przerażało. Empatię, dobroć, miłość, przyjaźń… Te definicje znałem tylko z teorii. W praktyce, nie obchodził mnie los innych ludzi, miłości się bałem, a przyjaźnią gardziłem. Wybudowałem wokół siebie mur, który zaczął mnie przytłaczać. Czułem jego ciężar i chłód. Chłód zimnej nasiąkniętej nienawiścią cegły, która zamiast się kruszyć, to rosła w siłę. Błądziłem. Szukałem światła, ale nie było wokół mnie osób, które przeprowadziłyby mnie przez gęstą mgłę. Byłem sam. Zupełnie sam. To zajebiście chujowe uczucie.

Przeprowadzka do innego miasta była ucieczką. Tak. Nie próbowałem wymyślać wymówek. Doskonale wiedziałem, że uciekam, ale tego właśnie potrzebowałem. Gdzieś głęboko chciałem wierzyć, że nowe miejsce okaże się być krokiem w dobrą stronę. Miałem dość bycia dziwadłem. Wytatuowany, ubrany na czarno satanista. Tak mnie określano, a w Nowym Jorku nikt nie zwracał na to uwagi. Po ulicach chodziły większe dziwadła, a ja w końcu mogłem odetchnąć. Pierwszy raz od piętnastu lat nie czułem się jak outsider. To było naprawdę fajne uczucie. Ludzie na ulicy nie oglądali się za mną tylko dlatego, że mam tatuaże i wygoloną po bokach głowę. Nie przeszkadzało im, że mało mówię, bo Nowy Jork jest tak zajętym miastem, że nikt nie zwraca na siebie uwagi. Mogłem przebiec nago przez Time Square i uwagę zwróciliby na mnie jedynie turyści i kamery miejskiego monitoringu. Przez pierwszych kilka dni żyłem na walizkach. Tanie motele szybko jednak okazały się i tak zbyt kosztowne na moje skromne fundusze i wtedy postanowiłem, że muszę coś wynająć. O pracę nie było trudno, a przez pierwszy w moim życiu łut szczęścia, zatrudniłem się w posterunku straży pożarnej jako porządkowy. Myłem auta, dbałem o porządek i sprzęt. Płacili nieźle, a jeden ze strażaków pomógł mi znaleźć namiary na niedrogie mieszkanie w pobliżu. Co prawda było to mieszkanie studenckie, ale stwierdziłem, że warto zaryzykować. Jeśli nie spodobałoby mi się imprezowy tryb życia współlokatorów, to zawszę przecież mogłem się po prostu wyprowadzić.
-Tu masz namiar na Matta. To kumpel mojego brata i raczej się dogadacie. Richardowie to spokojne dzieciaki, a szukają kogoś, by zmniejszyć koszty utrzymania – powiedział Ash, czyli Ashton. Strażak z którym o dziwo nawet dobrze mi się rozmawiało. Był w moim wieku. Miał żonę i małą córeczkę, które poznałem  już pierwszego dnia pracy. Missy – żona Asha, codziennie przynosiła mu obiad, gdy miał dzienną zmianę. Któregoś razu przyniosła obiad również mnie. Było to dla mnie niezrozumiałe, ale sprawiło, że poczułem się dziwnie. Drobne gesty, które wracały mi wiarę w ludzkie dobro, którego we mnie nie było ani krzty.
-Mi też zależy na spokoju i kasie, więc brzmi nieźle.
-Zadzwoń do niego wieczorem, bo teraz jest pewnie na uczelni.
-Okej, a i Ash… - spojrzałem na niego – Nie podziękowałem twojej żonie za obiad – dodałem. Było mi dziwnie głupio z tego powodu, a domowy makaron z kulkami mięsa był naprawdę pyszny.
-Missy wystarczyło to, że widziała jak zajadałeś się nim po cichaczu w szatni – Ash zaśmiał się głośno. Tak. Było dokładnie tak jak mówił.
-Chyba fajnie mieć taką żonę, co? – zapytałem nagle. Nie wiem skąd wzięła się we mnie chęć poznania lepiej tego człowieka. Ash był strażakiem i wiódł normalne życie. Miał rodzinę, którą kochał i codziennie ryzykował dla w pracy swoje zdrowie. Dobrze patrzyło mu z brązowych oczu. Miałem dziwne wrażenie, że może mógłbym się z nim nawet zaprzyjaźnić, ale przeszkodą było to, że przecież nie wierzyłem w przyjaźń.
-Pewnie, że fajnie. Znamy się z Missy od trzech lat, od dwóch jesteśmy małżeństwem, a od roku rodzicami. To najlepsza rzecz jaka mi się w życiu przytrafiła.
-Małżeństwo czy rodzicielstwo? – dopytałem.
-Cały pakiet. Małżeństwo niewiele zmienia, jeśli naprawdę się kogoś kocha, ale narodziny dziecka, to totalny Armagedon. Nieprzespane noce, stres, obrzygane koszulki, kolki, kupy śmierdzące tak, że nawet nie masz pojęcia, ale to jest, kurwa, takie piękne, że nie zamieniłbym tego na nic innego.

Odpowiedź Asha wcale mnie nie zdziwiła. Domyślałem się, że tak wyglądać może normalne życie, ale ja przecież nie mogłem tego doświadczyć. Nie umiałem. Nie byłem gotowy. Zazdrościłem mu tego, że on umiał, że był gotowy i doświadczał tych wspaniałych rzeczy. Kiwnąłem jedynie i wziąłem od niego karteczkę z numerem telefonu, a następnie wsunąłem ją w kieszeń kombinezonu ochronnego i wróciłem do mycia przedniej szyby jednego z wozów strażackich.

Było chwilę po ósmej wieczorem, gdy wyszedłem spod prysznica i wróciłem do szatni, by ubrać się i zadzwonić do chłopaka, którego namiary dał mi Ash. Zarzuciłem na siebie czarną koszulkę, skórzaną kurtkę i wyszedłem z budynku, kierując się na przystanek autobusowy. Najpierw musiałem zapalić, bo w pracy nie wolno było nam tego robić. Oczywiście i tak każdy łamał zakaz, bo nałóg przecież zawsze wygrywa. Stanąłem pod wiatą przystanku, bo akurat zaczęło padać. Byłem zmęczony fizycznie, ale moja psychika w końcu zaczęła odpoczywać. Odpaliłem zapalniczkę i przytknąłem ją do papierosa, a następnie zaciągnąłem się dymem. Odetchnąłem głęboko. Byłem samotny, ale pierwszy raz w życiu nabrałem nadziei, że zaczynam kroczyć dobrą ścieżką. Że wyjdę z mgły i przestanę walić głową w mur, który wokół siebie wybudowałem. To było fajne uczucie. Normalne. Praca. Kumple opowiadający popieprzone i zboczone żarty. Obowiązki. Monotonność. Tego potrzebowałem. Potrzebowałem także stałego miejsca zamieszkania, więc po chwili wyjąłem z kieszeni wymiętą karteczkę z numerem tego studencika. Miałem kilka obaw, ale już po chwili rozmowy wiedziałem, że może być w porządku. Umówiłem się z nim na jutro rano, by obejrzeć. Własny kąt. To był mój kolejny cel i bardzo chciałem go zrealizować.

Rozdział 2

Wszedłem do sporego mieszkania na poddaszu kamienicy przy 29th St na Brooklynie. Okolica wydawała się być spokojna. Po drugiej stronie ulicy była szkoła, a zaraz obok posterunek policji. Chłopak, który mi otworzył, od razu wzbudził we mnie sympatię.
-Tam jest łazienka, a tu kuchnia – wskazał, bym przeszedł dalej i ruszył za mną. Całe to mieszkanie naprawdę mi się podobało i nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie, że może faktycznie znalazłem swoje miejsce na ziemi.
-A jak z czynszem? – zapytałem Matta. Był to wysoki, dość szczupły chłopak o blond włosach i niebieskich oczach. Najzwyklejszy ze zwykłych, ale dobrze patrzyło mu z oczu. Odkąd pamiętam, zawszę zwracałem uwagę na oczy ludzi, których poznawałem. Wydawało mi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Nieważne czy małe czy duże, musiało być w nich coś, co przykuwało moją uwagę, a jedocześnie dawało poczucie bezpieczeństwa. Matt miał to coś. Miał też w sobie pewien zadzior i byłem przekonany, że się dogadamy.
-No właśnie… - westchnął Matt – Twój pokój jest najmniejszy, dlatego płaciłbyś mniej, ale… - skrzywiłem się. Nie lubiłem problemów – Czynsz płacimy raz na trzy miesiące, z góry.
-Spoko, jestem na to przygotowany – odetchnąłem z ulgą, a Matt uśmiechnął się szeroko.
-I jeszcze najważniejsza sprawa – nagle podszedł do drzwi, które były naprzeciwko „mojego” pokoju i otworzył je – To jest pokój Sary, mojej siostry. Jeśli chcesz pomieszkać z nami dłużej, to są tylko dwa warunki: nie dotykaj jej rzeczy i nie wchodź do jej pokoju bez pozwolenia. Sara ma hopla na punkcie prywatności. Teraz jej nie ma, bo nie wróciła jeszcze z wakacji, ale jak zacznie się semestr, to wróci. Możemy robić syf w całym domu, ale jej pokój to zakazane terytorium, okej? – Matt spojrzał na mnie niepewnie.
-Nie wtrącam się w życie innych ludzi. Dla mnie nie ma problemu – wzruszyłem ramionami. Nie obchodziła mnie jakaś studentka z manią na temat swoich rzeczy i prywatności. Każdy ma przecież jakiś swój świat, a ja nie miałem zamiaru wtrącać się do kogokolwiek.
-W takim razie, witam na pokładzie! – Matt wyciągnął do mnie dłoń. Bezwiednie uśmiechnąłem się i uścisnąłem ją pewnie – Widziałem, że przyszedłeś z torbą, więc możesz się rozpakować – dodał, spoglądając na moją torbę stojącą w korytarzu.
-Liczyłem na to, że się uda.
-Ja też. Wydatki są spore, a nas nie stać na opłacanie całego mieszkania. Długo namawiałem Sarę, by zgodziła się na współlokatora… To była ciężka przeprawa – dodał ze śmiechem.
-Raczej nie będę kłopotliwy. Może wyglądam na psychola, ale to tylko pozory. Szukam spokoju – odpowiedziałem szczerze.
-A mnie się twoje dziary strasznie podobają. Laski na to lecą, co? – Matt się zaśmiał, a ja razem z nim.
-Nie obchodzą mnie laski.
-No w sumie racja, wolałbyś kobietę. Jesteś starszy ode mnie, prawda? – spojrzałem na niego. Wyglądał młodo.
-Mam dwadzieścia osiem lat.
-No to będziesz robił za takiego starszego brata.
-Lubię gotować – wypaliłem nagle. Nawet nie wiem czemu. Tak po prostu.
-O serio?! My z Sarą nie gotujemy nawet wody na herbatę. Jeśli zrobisz chociaż jeden obiad w tygodniu, to mogę robić ci pranie. I mówię całkiem poważnie! – znowu zacząłem się śmiać. Od razu polubiłem tego dzieciaka.
-Obiad za pranie brudów? Jestem za.
-Umowa stoi! – ponownie uścisnęliśmy sobie dłoń.
-W takim razie, jak wiesz, w korytarzu stoi moja torba z ciuchami. Większość jest do prania. Bierz się do roboty, a ja pomyślę co zrobić na obiad, ale najpierw rozejrzę się po okolicy i zlokalizuję sklep.
-Umiesz robić spaghetti? – oczy Matta zaświeciły się radośnie, a ja znowu się roześmiałem.
-Zobaczymy, co da się zrobić – kiwnąłem do niego i ruszyłem do drzwi. Czułem, że to będzie fajny dzień. Wierzyłem, że to początek nowego życia. Nowego mnie. Potrzebowałem tego, jak niczego innego w tamtym momencie.

Trzy tygodnie później…

Mieszkanie z kimś okazało się naprawdę fajną sprawą. Miałem szczęście, bo trafiłem na fajnego chłopaka, który faktycznie był trochę jak młodszy brat. Matt nie był wścibski i nie wypytywał mnie o nic. Mówiłem mu to, co chciałem i nie czułem presji tłumaczenia się ze swojej przeszłości. Całymi dniami pracowałem, wieczorami relaksowałem się przez telewizorem z puszką piwa w ręku. Zacząłem prawie codziennie gotować, ku uciesze Matta, ale miałem za to czyste jak nigdy ubrania.

Tego dnia miałem wolne, a wieczorem obiecałem wpaść do Asha i jego żony na kolację. Zaprosili mnie, a ja nie potrafiłem odmówić. Nie lubiłem takich sytuacji, ale stwierdziłem, że to przecież nic złego. Uczyłem się takiego życia. To wszystko było dla mnie nowe, trochę przerażające, a jednocześnie takie normalne. Nikt mnie tu nie osądzał, nie wytykał palcami… Byłem sobą, a jedocześnie zupełnie kimś innym. Nie wiem czy grałem, czy taki byłem naprawdę? Starałem się kontrolować, by nie zniechęcać do siebie przypadkowych ludzi. Nie musiałem się bronić, bo nikt mnie nie atakował. Ten komfort zaczął sprawiać, że powoli otwierałem się na świat. Po prostu żyłem.

Akurat wróciłem z treningu, gdy z łazienki dobiegały dziwne odgłosy. Zacząłem się zastanawiać czy to Matt się tam onanizuje, czy co? Lubiłem robić sobie z niego żarty, więc bez zastanowienia wparowałem do środka. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast mojego współlokatora, ujrzałem kobiecy... ładny kobiecy tyłek w samych majtkach.
-Matt, spodnie wpadły mi za pralkę! - odezwał się lekki i dźwięczny głos. Uniosłem brew i oparłem się o framugę drzwi. Milczałem chwilę, a przez głowę nagle przewinęło mi się mnóstwo zbereźnych myśli.

-Matt chyba wyszedł, ale ja jestem – odezwałem się. Dziewczyna podskoczyła i gwałtownie odwróciła się w moją stronę. W oczach miała panikę i nerwowo chwyciła z wieszaka szlafrok, by się zakryć.
-Cholera… Ty jesteś…? – skrzywiła się, mierząc wzrokiem każdy skrawek mojej skóry pokrytej tatuażami.
-Mordercą? – wyprzedziłem jej myśli i zacząłem się śmiać. Ona westchnęła z ulgą i oparła się o pralkę.
-Zapomniałam, że ktoś miał się do nas wprowadzić. Dopiero wróciłam i… - przyglądałem jej się. Była młoda, śliczna i wyglądała na miłą. Jeśli była choć odrobinę zwariowana tak jak jej brat, to byłem pewny, że też się dogadamy.
-Jestem Marshall, ale wszyscy mówią mi Shall.
-A ja jestem Sara, ale to pewnie już wiesz – wyciągnąłem do niej dłoń, a ona ścisnęła ją dość mocno. Byłem zaskoczony, bo kobiety… W sumie nie wiedziałem, czy mogę określić ją jako kobietę. Zastanawiałem się ile może mieć lat. Dwadzieścia? Może rok więcej? Wracając do rzeczy. Kobiety raczej nie mają tak pewnego uścisku dłoni.
-Wiem też, że mam nie wchodzić do twojego pokoju i nie ruszać twoich rzeczy. Matt uprzedził mnie również, że w mieszkaniu są cienkie ściany, więc jeśli sprowadzę sobie kogoś na noc, to mnie zamordujesz, jeśli usłyszysz odgłosy dzikiego seksu – Sara nagle zaśmiała się głośno.
-Tak, na pewno co noc uprawiasz dziki i namiętny seks, jak z pornosów.
Drwiła ze mnie? Nie byłem pewny.
-Nie oglądam pornosów.
-Każdy facet je ogląda.
-Nie mam komputera – mrugnąłem do niej i oboje roześmialiśmy się po raz kolejny.
-Ja ci swojego nie pożyczę – dodała, bez złośliwości.
-Zawsze mogę robić to na kanapie w salonie. Z tego co zdążyłem się zorientować, macie tu wykupiony cały pakiet telewizyjny i programy z pornosami też tam są.
-Tylko potem sprzątnij po sobie brudny papier toaletowy i sztuczną waginę.
-Skąd wiesz, że taką mam? – dodałem poważnie, ale tak naprawdę robiłem sobie żarty. Sara skrzywiła się, bo dała się nabrać.
-Mówiłam Mattowi, że lepiej byłoby gdyby zamieszkała z nami jakaś dziewczyna – odpowiedziała. Tym razem ja dałem się nabrać, bo Sara po chwili roześmiała się. Następnie spojrzała na mnie, a ja nadal miałem te dziwne zbereźne myśli w głowie. Mieszkanie pod jednym dachem z atrakcyjną młodą… kobietą, wydawało mi się całkiem przyjemne. Nie miałem określonego typu na który zwracałem uwagę. Sara miała włosy w kolorze rudawego blondu, zadarty nos, piegi i szare oczy. Od razu mi się podobała, ale tak naprawdę nie interesowały mnie relacje damsko-męskie. Niewiele wiedziałem na temat takich spraw, a swoje partnerki mogłem policzyć na palcach jednej ręki. Jednonocne przygody, to były moje dotychczasowe doświadczenia. Nic nadzwyczajnego. Po prostu seks. Raz lepszy, raz gorszy, ale nie taki bym czuł się spełniony. Swoje napięcie kiedyś rozładowywałem złością, a teraz pracą i treningiem. To mi odpowiadało, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wspólne mieszkanie z kobietą, to wcale nie taka prosta sprawa. Byłem przecież tylko facetem, który raz na jakiś czas potrzebował się wyładować… Nie na worku treningowym, nie w pracy, a na kobiecie. Poczuć bliskość, namiętność… To były dla mnie tak odległe uczucia, że byłem wręcz przekonany, że nigdy nie dam się temu zdominować. Od jakiegoś czasu panowałem nad swoim życiem i tego chciałem się trzymać.

Rozdział 3
Mieszkanie Asha mieściło się dwa przystanki metrem od posterunku, więc umówiłem się z nim, że przyjdę po niego, aż skończy zmianę, by we dwóch jechać na miejsce. Missy miała czekać na nas z kolacją, a ja kupiłem nawet kwiaty dla naszej gospodyni. Uważałem, że tak wypada, ale nie miało to związku z moim dobrym wychowaniem. Nie spodziewałem się jednak, że na miejscu oprócz żony Asha będzie także druga kobieta. 
-Sorry, to był jej pomysł – bąknął cicho Ash, a do mnie od razu dotarło, że to swatka. Spojrzałem na zadowoloną z siebie Missy, oraz brunetkę z ustami wymalowanymi czerwoną szminką. Ależ mnie to wkurwiło, bo od razu wiedziałem, że wyląduję z nią w łóżku. Jeśli bym tego nie zrobił, to Ash nabijałby się ze mnie razem ze wszystkimi kumplami z pracy. Takie głupie męskie docinki były znośnie, ale nie jeśli dotyczyły kobiet. Faceci przecież wiecznie w tym rywalizowali. To była po prostu przejebana sprawa. 
-Oberwie ci się jeśli okaże się słaba! – odpowiedziałem groźnie, ale on doskonale wiedział, że żartowałem. 
-To przyjaciółka Missy, bądź dla niej „miły” – Ash puścił mi oczko, a ja nie miałem wyjścia i musiałem się przedstawić. Synthia była atrakcyjną bardzo bezpośrednią kobietą. Szczerze, to nie spodziewałem się, że od razu przejdzie do rzeczy, ale nowojorskie dziewczyny były bardziej wyzwolone od tych małomiasteczkowych szarych myszek, które wstydziły się powiedzieć czego pragną. Ona się nie wstydziła. Już po chwili kleiła się do mnie, a przy stole kilka razy złapała mnie za udo. Normalny facet byłby wdzięczny kumplowi, że zapewnił mu łatwe i szybkie ruchanie, ale to nie było w moim stylu. Nie miałem nastroju na takie zabawy, a jednocześnie nie chciałem wyjść na dziwadło. Miałem dość tej plakietki, której powoli zaczynałem się pozbywać. 
-Mała się obudziła, pójdziesz do niej? – zasugerowała Missy, gdy kończyliśmy jeść pyszną kolację. W tym towarzystwie czułem się całkiem swobodnie, gdyby nie dłoń mojej „towarzyski” która nagle zawędrowała zbyt wysoko na moim udzie. 
-Jasne kochanie, a ty zbierz talerze – Ash mrugnął do mnie, dając do zrozumienia, że Synthia chciała jak najszybciej opuścić mieszkanie. Problem polegał na tym, że nie mogłem jej przecież zabrać do siebie. Znaczy mogłem, ale nie chciałem. Z różnych powodów. 
-Mieszkam tu niedaleko. Może ewakuujemy się i spędzimy resztę wieczoru tylko we dwoje? – zaproponowała sekundę po tym, jak Ash odszedł od stołu. Nie twierdzę, że mi się nie podobała, ale… No… Nie miałem nastroju. Faceci też nie miewają nastroju, co jest trudne do uwierzenia, ale naprawdę tak było. 
-Mogę cię odprowadzić, ale nie obiecuję, że wejdę na górę – próbowałem jakoś delikatnie się wymigać. Zawsze przecież mogłem poczuć się źle w trakcie spaceru i odmówić spędzania dalszej części tej nocy tylko we dwoje.
Nie wszystko poszło po mojej myśli. Synthia była bardziej zdesperowana niż mi się wydawało. Wciągnęła mnie do klatki schodowej swojej kamienicy i zaczęła dobierać mi się do rozporka. Jej usta desperacko całowały moje, a gdy palce mocno zacisnęła się na moim kutasie, wszystko już było jasne. Sekundę później wylądowaliśmy w jej mieszkaniu, potem na kanapie, a skończyliśmy na dywanie. Dobrze wstawiona Synthia siłowała się z paskiem moich spodni, a ja dostrzegłem za głową wielkiego kota, co totalnie wybiło mnie z rytmu. Usiadłem, a ona znowu próbowała mnie całować.
-Nie lubię mieć widowni – stwierdziłem oschle, by ostudzić jej zapędy. Wolałem nie zaliczyć, niż rano żałować, że uległem pokusie. Po co miałem to robić? Męski orgazm nie trwa dłużej niż kilka chwil, a to nie było warte moralnego kaca, smsów z prośbą o spotkanie i tłumaczeń, że nic więcej między nami nie będzie. 
-Zamknę go w łazience. Poczekaj chwilę! – dziewczyna zerwała się z dywanu, ale potknęła się o własne nogi i wylądowała na tyłku. Dopiero teraz poczuła siłę pięciu lampek wina, które wypiła na kolacji. Może i była urocza, ale nie miałem zamiaru jej wykorzystać. Nawet jeśli tego chciała.
-Nie, to nie będzie potrzebne – wstałem i pomogłem jej wstać. Poprawiłem swoje spodnie, jej włosy i zaprowadziłem przed lustro w korytarzu – Spójrz – wskazałem na jej odbicie – Uwierz mi, że nie chcesz spędzić tej nocy ze mną. Szukasz miłości, zapewne rzucił cię facet, albo okazało się, że cię zdradza i sama go zostawiłaś. Daj sobie czas, zmyj tę obrzydliwą czerwoną szminkę, wyśpij się, idź pobiegać i zajmij się stęsknionym kotem. A jeśli jutro nadal będziesz uważała, że jestem odpowiednim facetem do łóżka, to zadzwoń. Umówimy się do kina, pogadamy, a jak zaiskrzy, to będziemy się pieprzyć do rana.
-A dziś nie zaiskrzyło? – dziewczyna zatoczyła się lekko. Zaśmiałem się.
-Nie, to tylko bałagan w twojej głowie. 
-Ash mówił, że jesteś inny, ale żeby aż tak… - skrzywiła się i próbowała skupić wzrok. 
-Tak, aż tak – rozejrzałem się po mieszkaniu. Zlokalizowałem sypialnię, zaprowadziłem tam moją pijaną nieudaną swatkę i położyłem do łóżka. Rozebrałem ją, przebrałem w piżamę i żeby nie wyjść na totalnego dziwoląga, poczekałem chwilę aż zaśnie. Nie chciałem, by zaczęła wymiotować, bo to mogło być niebezpieczne.
Koło dwunastej byłem już pod drzwiami swojego mieszkania. Niestety przez to wszystko musiałem zgubić klucze i czekałem jak idiota, aż któreś z moich współlokatorów się obudzi. Zapukałem raz, drugi… Nie chciałem dzwonić dzwonkiem, by nie obudzić połowy piętra. Na szczęście Sara nie spała i po chwili otworzyła mi drzwi.
-O… Miałeś randkę? – zapytała i zaśmiała się cicho. Wszedłem do mieszkania i ukradkiem dostrzegłem w lustrze swoje odbicie. Połowę twarzy miałem w czerwonej szmince Synthi.
-Powiedzmy, ale nieudaną. 
-Chcesz o tym porozmawiać? – znowu ze mnie drwiła, a ja zmrużyłem oczy.
-Chcę pożyczyć coś żeby zmyć ten okropny kolor z mojej twarzy. Masz te wszystkie babskie specyfiki do zmycia makijażu? – zmieniłem temat i razem przeszliśmy do łazienki. Sara oparła się o pralkę i podała mi buteleczkę z niebieskim płynem oraz wacik.
-Czemu to ma dwie warstwy? – przyglądałem się specyfikowi do demakijażu, który wyglądał jak dobry drink. Jedna warstwa była gęstsza i unosiła się na drugiej. 
-To dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust – wyjaśniła Sara.
-Powiedziałaś to jak w reklamie.
-Twoja cera będzie wyglądać po nim promiennie i świeżo. Wystarczy nanieść niewielką ilość płynu na wacik i zacząć delikatnie pocierać – nagle zbliżyła się do mnie i sięgnęła po kolejny wacik, a następnie wylała na niego nieco tego specyfiku i zaczęła pocierać okolicę moich ust. Zaśmiałem się, choć nie wiem czemu. To było nowe doświadczenie i nie chodziło jedynie o korzystanie z damskich kosmetyków. Nieświadomie położyłem dłonie na biodra Sary, by swobodnie było jej zmywać ze mnie ślady szminki.
-Ugryzła cię! – Sara nagle zaczęła się śmiać, a ja oblizałem usta i faktycznie poczułem na wardze smak krwi. 
-Krwawa pijawka! 
-Zaliczyłeś chociaż każdą bazę, czy dziewczyna nagle otrzeźwiała i wygnała cię z domu? – zapytała, będąc nadal bardzo rozbawiona.
-Jeśli powiem ci prawdę, to i tak nie uwierzysz. 
-Okazała się facetem? – uniosłem brew i wybuchłem niekontrolowanym śmiechem. 
-Nie.
-Więc co?
-To nie istotne, ale dzięki za pomoc – chwyciłem jej dłoń, by przestała pocierać wacikiem o mój policzek. 
-Zawsze jesteś taki tajemniczy? – zapytała. Patrzyła mi głęboko w oczy. To mnie sparaliżowało. Beztroska i zabawa prysły jak bańka mydlana. Nie rozumiałem tego co się ze mną działo. Jakbym toczył wewnętrzną walkę o to, by być normalnym, a jednocześnie nadal tkwiłem w próżni, którą wypełniał jedynie strach przed normalnością.
-Tak, zawsze – odpowiedziałem i zrobiłem krok, by wyjść z łazienki. Sara jednak ani drgnęła, a wręcz miałem wrażenie, że zagrodziła mi drogę. 
-Dwoje takich dziwolągów pod jednym dachem, to o jednego za dużo – powiedziała nagle. Skrzywiłem się, bo w pierwszej chwili nie dotarło do mnie o co jej chodziło. 
-Ja nie wtrącam się w twoje sprawy, więc ty nie wtrącaj się w moje – ostrzegłem ją. Nie chciałem żeby się mnie bała, ale musiała mieć świadomość, że potrafię być niemiły. Odnosiłem wrażenie, że ona doskonale to wiedziała i chciała mnie sprowokować. Po co? Tego niestety nie byłem pewny. Sara westchnęła i odsunęła się. Spuściła wzrok, a ja nagle poczułem ten chłód… Doskonale znałem to uczucie. Chłód emocjonalnego muru jakim się otaczaliśmy. I ona. I ja. Nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto będzie miał ten sam problem. Każdy z nas miał inny powód, i jak dotąd nigdy nie interesowały mnie problemy innych osób, to nagle zapragnąłem dowiedzieć się co jest powodem tego smutku, który nagle dostrzegłem w oczach Sary. Na pozór była przecież taką beztroską, zabawną, otwartą młodą kobietą, ale ja doskonale wiedziałem, że skrywała w sobie sekret, który zżerał ją od środka. Tak samo jak mnie. 
-Przepraszam, późno już i gadam głupoty – próbowała obrócić wszystko w żart, ale uśmiech nie docierał do jej oczu. To jednak nie była odpowiednia chwila, by drążyć temat.
-Nie szkodzi. Połóż się, a jutro opowiem ci o mojej nieudanej randce – uśmiechnąłem się do niej. 
-Okej! Dobranoc, Marshall – Sara nagle nachyliła się i cmoknęła mnie w policzek. Zastygłem. Ona również. Była tak blisko. Poczułem jej zapach, ciepło jej oddechu. Kurwa! Nie rozumiałem swojego zachowania. Objąłem ją mocno i przyciągnąłem do siebie. Sara zaparła się dłońmi o moją pierś, ale nie próbowała się oddalić. Wręcz odwrotnie, uległa mi. Patrzyłem na jej pełne usta, a po chwili na oczy, które były przerażone, a jednocześnie zaintrygowane – Pocałuj mnie – zażądała bez wahania, a ja nawet nie miałem sekundy, by się zastanowić, bo jak na złość, ze swojego pokoju wylazł Matt. Był totalnie zaspany i niczego nie zauważył, ale Sara odskoczyła ode mnie gwałtownie i szybko uciekła do swojego pokoju.
-A ty co? Dopiero wróciłeś z kolacji? – Matt przetarł oczy i gestem dał do zrozumienia, że musi się odlać. 
-Taaa… - bąknąłem. Nie mogłem się skupić. Co to miało być do kurwy nędzy?
-A ja wracam do wyra… Narka! – Matt po chwili również zniknął za drzwiami swojego pokoju. Ja jednak wiedziałem, że szybko nie zasnę. Poszedłem do siebie i usiadłem na łóżku. Przetarłem twarz dłonią i próbowałem uspokoić myśli. Serce mi waliło. Kurwa! Tego się nie spodziewałem, ale… podobało mi się to. Postanowiłem, że jutro porozmawiam o tym z Sarą. Znałem ją raptem kilka godzin, ale mieliśmy przecież razem mieszkać, więc trzeba było ustalić pewne sprawy. W dodatku zaczęły przemawiać do mnie typowo męskie argumenty. Sekswspółlokator? Czemu nie? Byłem przekonany, że Sarze nie będę w stanie odmówić.

Rozdział 4

Wstałem nad samym ranem, przed Sarą i Mattem, by iść do sklepu i przygotować śniadanie. Miałem zamiar porozmawiać z Sarą, gdy zostaniemy sami. Całą noc myślałem o niej. To było dla mnie nowe doświadczenie, ale nie potrafiłem ukryć przed samym sobą, że spodobało mi się to. Myśleć o kimś w taki sposób… Taki inny, i nie chodziło jedynie o to, że pociągała mnie fizycznie. Chodziło o ten mur, którym się odgradzała, o ten strach w oczach, a jednocześnie fascynację i tajemnicę. To mnie intrygowało.

To był pierwszy tak chłodny poranek od mojego przyjazdu do Nowego Jorku. Lato zbliżało się wielkimi krokami, ale w powietrzu nadal było czuć ostrą i mroźną zimę, która długo nie chciała ustąpić miejsca wiośnie. Przyśpieszyłem kroku, gdy zimny podmuch wiatru postawił wszystkie włosy na moim ciele. Wzdrygnąłem się i wbiegłem do kamienicy, a potem na górę, by się rozgrzać. Od niedawna trenowałem z chłopakami z pracy na strażackiej siłowni. Teoretycznie nie mogłem tego robić jako zwykły pracownik, ale Ash powiedział, że nie będzie z tym problemu. Dlatego też trzy razy w tygodniu miałem pełną swobodę w treningach i chciałem z tego korzystać. Trening był dobrym sposobem na rozładowanie emocji i zrelaksowanie się. Mi to pasowało.

Wchodząc do mieszkania usłyszałem, że ktoś właśnie bierze prysznic. Zajrzałem do sypialni Matta, ale ten spał jeszcze jak zabity. Ucieszyło mnie to, bo okazja by pogadać z Sarą nadarzyła się szybciej niż myślałem. Rozpakowałem w kuchni zakupy i zabrałem się za robienie śniadania. Tosty, kanapki i dużo kawy. Doskonale wiedziałem, że Sara i Matt do tej pory marnie się odżywali, a taka odmiana była dobra dla nas wszystkich. Oni zaczynali dzień od normalnego posiłku, a ja… czułem się potrzebny. Może to głupie, ale tak właśnie było.
-Czuję się jak w czasach podstawówki. Kanapeczki, zapach kawy… Jeszcze mi powiedz, że zapakujesz mi do szkoły jabłuszko i soczek, to parsknę śmiechem – usłyszałem nagle głos Sary. Odwróciłem się, a ona stała w progu kuchni, owinięta była jedynie ręcznikiem. Jej ciało nadal było mokre po prysznicu, a mi aż zaschło w gardle. W co ona grała? Totalnie nie mogłem jej rozgryźć.
-To chyba miłe, gdy ktoś robi śniadanie. Czy jednak się mylę? – zapytałem. Nie wiedziałem jaki jest jej nastrój. Niczego o niej tak naprawdę nie wiedziałem.
-Śniadanie… - powtórzyła po mnie – Kojarzy mi się z chwilami po upojnej nocy – dodała wymownie.
-Sara, kurwa, w co ty grasz? – zapytałem. Byłem już zirytowany. Sara nie wyglądała na intrygantkę, a tym bardziej na wredną sukę, a właśnie tak się zachowywała.
-W kotka i myszkę – odpowiedziała i podeszła do mnie. 
Bez wahania sięgnęła po kubek z kawą, a ręcznik odsłonił cały tył jej ciała. Ujrzałem zarys kształtnych pośladków i na chwilę musiałem zamknąć oczy. Nie wierzyłem, że to działo się naprawdę.
-Czemu mnie prowokujesz? Co to wczoraj miało być? – odsunąłem się, ale tylko po to by móc lepiej jej się przyjrzeć. Sara nie miała na sobie majtek, a ja nagle poczułem, że w spodniach zrobiło mi się nieco ciaśniej. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Starałem się nie przyznawać do tego, że jej pożądałem, ale oszukiwać mogłem jedynie ją, a nie samego siebie.
-Wyglądasz na takiego co lubi prowokację, Marshall. Nie podoba ci się to co robię?
Uwodziła mnie. To wiedziałem na pewno. Nie miałem jednak pojęcia po co to robiła? Nie wyglądała na taką, ale przecież nigdy nie powinno się oceniać człowieka po wyglądzie. Ja wiedziałem o tym najlepiej.
-A tobie co się podoba? Ja, czy robisz sobie ze mnie żarty, co? Nie lubię gierek, Sara.
-Och… - zaśmiała się drwiąco.
-Stąpasz po cienkim lodzie.
-Lubię zimę. Lubię chłód.
-Jesteś też zimną suką, czy tylko udajesz? – zapytałem wprost. Dłonie miałem spocone z emocji. To była najdziwniejsza rozmowa w moim życiu.
-Niczego nie udaję, Marshall.
-Wiec bądź szczera. O co ci chodzi? – zrobiłem krok w tył i podparłem się o szafkę. Skrzyżowałem dłonie na piersi, ale nie potrafiłem przestać się na nią gapić. Sara była piękna w takim porannym wydaniu. Bez makijażu, nieskazitelna, mokra od wody. I ewidentnie czegoś ode mnie chciała, a ja czułem, że to nie chodzi jedynie o te pieprzone i dziwne prowokacje.
-Jeśli upuszczę ręcznik, to co zrobisz? – odstawiła kubek i stanęła dokładnie naprzeciwko mnie. Materiał zakrywał jedynie jej piersi i schodził ku udom, gdzie skrywał się najważniejszy skrawek kobiecego ciała. Przełknąłem ślinę. Nie byłem podatny na kobiecy urok, ale w tym przypadku wszystko we mnie drżało z podniecenia.
-Ucieknę jak mały chłopiec – rzuciłem z ironią.
-Naprawdę? – Sara zaśmiała się, bo doskonale wiedziała, że to kłamstwo. Nie miałem ochoty uciec, ale też nie chciałem ulegać pokusie w momencie kiedy ona tego oczekiwała. Byłem facetem i jeśli już, to ja miałem dyktować warunki.
-Zrób to, a przekonasz się co zrobię naprawdę – zmrużyłem oczy. Byłem już maksymalnie twardy i ledwo panowałem nad buzującym we mnie pragnieniem. Dobrze, że miałem na sobie luźne dresowe spodnie, a dzięki temu mój kutas nie odznaczał się na nich zbyt wyraźnie. Nie spodziewałem się, że po chwili Sara zrzuci z siebie ręcznik.
-O kurwa… - te słowa padły z moich ust bezwiednie. Nagle w głowie pojawiły się mroczne myśli. Zerżnij ją, Marshall! – podpowiadało mi moje męskie ego. Co miałem do stracenia? Zupełnie nic, ale coś hamowało mnie przed tym, by przekroczyć tę cienką granicę.
-Podoba ci się to co widzisz, Shall? – Sara pierwszy raz nazwała mnie zdrobniale. Spodobało mi się, jak wypowiedziała to słowo. A mi podobało się to co widziałem i już nie miałem zamiaru tego ukrywać. Wymownie zjechałem wzrokiem z krągłych piersi na brzuch Sary i niżej, aż do wzgórka łonowego. Był wygolony, gładki, a ja zacząłem zastanawiać się kiedy ostatnio widziałem nagą kobietę? To było tak dawno temu, że prawie tego nie pamiętałem.
-Mam zamerdać ogonkiem z zadowolenia? – głos miałem ochrypły, ale pewny i męski. Właśnie taki chciałem być w jej oczach, chociaż w środku drżałem, właśnie tak ten mały chłopiec, który boi się emocji i intensywnych doznań.
-Lubisz mnie taką, Shall. Widzę to… - nagle podeszła do mnie i bez wahania złapała mnie za krocze. Wciągnąłem powietrze przez zęby, ale nie odrywałem wzroku od jej twarzy.
-Ja też cię widzę… Całą. Co z tym zrobimy? – starałem się trzymać ręce przy sobie. Nie chciałem jej dotknąć. Nie w tej chwili. Nie na jej warunkach. Byłem uparty, a w tym momencie uświadomiłem sobie, że przy niej muszę nad sobą panować bardziej niż przy innych.
-Ty jesteś facetem, zadecyduj – doskonale wiedziałem czego oczekiwała, ale nie miałem zamiaru jej tego dać. Ująłem gwałtownie jej brodę i nachyliłem się, by być twarzą w twarz. Tym razem Sara zadrżała, a może drżała już wcześniej? Tego nie mogłem być pewny. Uniosłem kąciki ust, ale był to uśmiech zwycięzcy. Ona nie miała już nic do powiedzenia.
-Ubierz się… Saro, a potem wylej wiadro zimnej wody na głowę i wróć na śniadanie, bo kawa ci wystygnie – powiedziałem pewnie i puściłem jej brodę, a następnie szybko wyszedłem z kuchni. Zamknąłem się w swoim pokoju, bo musiałem ochłonąć. Nadal miałem pełny wzwód, a to było wręcz bolesne. Położyłem się na chwilę i patrzyłem z sufit, by oczyścić głowę ze zbereźnych myśli. Słyszałem jak Sara wróciła do łazienki i uśmiechnąłem się. Wiedziałem też, że to dopiero początek tej dziwnej sytuacji, ale postanowiłem dać się w to wciągnąć. Jej gra, ale moje zasady. Nie byłem gówniarzem. Mogłem robić co chciałem i z kim chciałem, ale Sara za bardzo mnie wkurzyła, bym dał jej tak szybko to czego ona chciała. Naprawdę była taką wredną suką, czy faktycznie udawała kogoś i ukrywała takim zachowaniem swoje problemy? Po pół godziny wróciłem do kuchni, by dokończyć robienie śniadania. Po chwili wstał Matt i zjedliśmy je razem. Sara do nas nie dołączyła, a gdy zbierałem się do pracy, usłyszałem jedynie, jak wyszła z mieszkania, ostentacyjnie zatrzaskując za sobą drzwi.







Udostępnij ten post

10 komentarzy :

  1. Przez Ciebie będę miała więcej mężów niż harem przewiduje! Mówiłam, że jest super dobrze, ale takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Pewnie będę zbierać szczękę z podłogi za jakiś czas... <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Boskie :D Już nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudeńko naprawdę boskie

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekam na dalszy ciąg tej historii w pełnej gotowości.

    OdpowiedzUsuń
  5. Błagam pisz kobieto:))))))bo już nie mogę doczekać kolejnych rozdziałów!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. zajebiste!!!! czekam na na następne rozdziały. już nie mogę się doczekać!! <3

    OdpowiedzUsuń
  7. poproszę ciąg dalszy....nie mogę doczekać się "Koszmaru Morfeusza" ale to już niedługo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zapowiada sie ciekawie ��Kiedy nastepne czesci?

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeszcze jedno moglabym sie dowiedziec czy są nastepne rozdziały Efekt Eryka ale po prologu? Moze jest inny tytul? Musze powiedziec ze zakochalam sie w tym co przeczytalam chociaż zakonczenie totalnie mnie zaskoczyło. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tym blogu dodaję drugą część Efektu Ericka :) Zapraszam!

      http://efektericka-zemstamilosci.blogspot.com/

      Usuń

K.N. Haner - autorka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka